prl cooltura
       
Środa, 08.04.2020 Amadeusza, Cezaryny, Juliany
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Powstanie styczniowe – relacja na żywo
Powstanie styczniowe – relacja na żywo

Jarek Sępek


ostatnia aktualizacja: 2010/01/24 07:00

„Kosynierzy nie są chłopami, a ich kosy nie nadają się do koszenia zboża” – wyjaśnia korespondent dziennika „The Times”, który trafił na ziemie polskie, by na gorąco opisywać powstanie Polaków przeciwko zaborcom – „w rzeczy samej, nie została jeszcze wynaleziona żadna bardziej nieprzyjemna dla Rosjan broń”.




Czytelnicy dziennika z zapartym tchem śledzili rozwój wypadków, dzięki serii korespondencji z Krakowa, Warszawy i Sankt Petersburga w dzienniku „The Times” z 1863 roku, której tytuł grzmiał „Polska insurekcja”. Specjalny wysłannik gazety znalazł się w grupie angielskich „podróżników” (nie było jeszcze wtedy mowy o dziennikarzach), którzy przybyli tu, by zdawać relację. Korespondent, który starał się tłumaczyć polską rzeczywistość, pozostał jednak anonimowy. Gazety nie miały w zwyczaju podpisywać swoich reporterów z imienia i nazwiska. Z pewnością był jednak Anglikiem, bo dostrzegał ważne dla swoich rodaków szczegóły: „większość z powstańczych kos, które widziałem, były zrobione w Sheffield, choć nie przysparzają dumy miejscu swojej produkcji. Muszę dodać, że nie mam pojęcia ile kosztowały. Prawdopodobnie były bardzo tanie i z całą pewnością są przerażające”. Władających nimi kosynierów nazywa po angielsku the sithemen.

Zawód: reporter

Już w pierwszym tekście korespondent uskarża się na trudne warunki pracy, nie do końca zdając sobie sprawę, czym jest wojna partyzancka z niezliczoną ilością małych potyczek. Bo gdzie najlepiej pojechać, żeby je zobaczyć? „Nie jest to pytanie, na które można łatwo odpowiedzieć” – pisze w korespondencji datowanej na 4 września w Krakowie, a wydrukowanej 12 września 1863 r. „Która część polskiego teatru jest sceną, a która kulisami?” – zastanawia się, po czym dodaje: „W regularnej wojnie, wspaniałą rzeczą byłoby zobaczyć bitwy”. Tutaj nie ma jednak do nich dostępu. Korespondent narzeka, że nie ma też obozów wojskowych, na tyle dużych, by uznać je za centrum dowodzenia i informacji. Wykazuje się jednak zrozumieniem, pisząc: „Jeśli taki by istniał, od razu zostałby zaatakowany. A dzięki temu całe powstanie mogłoby stanąć pod znakiem zapytania”. Źródłem informacji pozostają więc dla niego polskie gazety, choć ma też inny pomysł: „pomiędzy polskimi bitwami, których nie można zobaczyć, a polskimi gazetami, którym nie można wierzyć, jest jeszcze społeczność dobrze poinformowanych Polaków, od których można się dowiedzieć czegoś takiego jak prawda o wszystkich wydarzeniach powiązanych z powstaniem”. I do nich właśnie postanawia się zwrócić.

Imperium zamiast pańszczyzny
Insurekcja ma wzloty i upadki „jak fale na morzu”, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, ilu tak naprawdę jest powstańców. Mimo tych nieprzyjaznych dziennikarzowi warunków pracy, zauważa on, że będąc choćby krótko w Krakowie czy Lwowie, „nie sposób przeoczyć patriotycznego entuzjazmu, jaki panuje w całym społeczeństwie”. „Od najwyższych sfer po galicyjskich wieśniaków, którzy nawet nie wiedzą, co patriotyzm czy niepodległość znaczą”.
Choć ci ostatni mogą być wyjątkiem. Korespondent opowiada o Polaku, który chciał poderwać galicyjskich chłopów do walki, ale załamał się, nie mogąc nawet przekonać ich, że są Polakami. Reporter cytuje jego słowa, którymi zwracał się do chłopów – „Rosjanie mówią po rosyjsku i są Rosjanami, Niemcy mówią po niemiecku i są Niemcami, wy mówicie po polsku, więc kim jesteście? Imperialistami, odpowiedzieli”. Korespondent „Timesa” tłumaczy, że chłopi obawiali się, że skoro byli poddanymi w niepodległej Polsce XVIII wieku, to teraz, gdy niepodległość uda się odzyskać, znów się nimi staną. Anglik przekonuje jednak, że potrzebują oni edukacji, a gdy ta do nich dotrze i zaczną czytać polskie książki, zmienią zdanie.
„Poza tym jednak nie znajdzie się Polaka, który nie byłby patriotą. Każdy kogoś stracił w walce, a o zmarłych mówi się z wielkim szacunkiem, a nawet z dumą”. Korespondent przyznaje, że ma wiele współczucia dla tych, którzy byli masakrowani, ranni, uwięzieni przez Rosjan, wywiezieni na Syberię i torturowani.

Świadkowie terroru

„Wielu powątpiewa, a inni nie wierzą, że rosyjskie władze wciąż używają tortur” – pisał, rozpoczynając obszerny paragraf na temat okrucieństwa władz wobec Polaków. Sam poznał prześladowanego oficera i słyszał o cierpieniach z jego własnych ust. „Ten nieszczęsny młody człowiek zwrócił uwagę policji, gdy został ranny w kwietniu 1861 r., aresztowano go 9 miesięcy później, podejrzewając o kontakty z polskim Rządem Narodowym”. Mężczyzna był bity i biczowany, zemdlał na przesłuchaniu i ocknął się dopiero w szpitalu. Wypuszczony, dołączył do armii generała Langiewicza. Po jego porażce, walczył w Szklarach, gdzie raniony w udo, trafił na leczenie do Krakowa, do szpitala św. Ducha. W maju, w oddziałach Jeziorańskiego, walczył w bitwie pod Kobylanką. Tam został postrzelony w plecy, gdy odwrócił się, by wezwać towarzyszy. Choć kuleje, „zaczyna chodzić i szukać nowej okazji do walki” – pisze korespondent, po czym donosi o dalszych represjach.

Rosjanie aresztują i wieszają kolejne osoby związane z Tymczasowym Rządem Narodowym, choć do więzienia jednej nocy trafiło także 50 młodych dziewcząt, od 17. do 19. roku życia. Mieszkańcy Warszawy żyją w strachu. Aresztowania odbywają się w nocy, ludzie trafiają przed sekretne trybunały, nie publikuje się wyroków, chyba że jest to „śmierć”, a egzekucja ma mieć miejsce w Warszawie albo Wilnie.
Po pierwszym zapoznaniu się z Polakami i chłodnym dystansie, korespondent zmienia nieco swoją postawę. Rozczula się nad losem dwunastoletniej córki browarnika Klave, która aresztowana i bita, miała wyjawić nazwiska osób, które odwiedzały rodziców. „Kto jest za to bezpośrednio odpowiedzialny, za ten barbarzyński akt, nie mogę powiedzieć, ale to biedne dziecko było biczowane”.
Korespondent wspomina o zastraszaniu i próbie podzielenia Polaków, jaką stosują Rosjanie, zarządzając natychmiastowy pobór podatków. I choć polski rząd zabronił tego robić, większość warszawiaków zapłaciła. Anglik opowiada o dramatycznej dyskusji, jaka wybuchła wśród Polaków – jeśli nie zapłacą, Rosjanie zwiększą stawki, ale z drugiej strony, warszawiacy nie powinni się uginać, bo ich rodacy oddają życie w walce.

Prywatna prasowa wojenka

Mimo wszystko, Rosjanie wydają się dbać o dobre kontakty z prasą. Urządzają wycieczki dla zagranicznych korespondentów, pokazując czyste więzienia i dobre jedzenie, jakie dostają skazańcy. Nasz korespondent nie daje się jednak zwieść. Widząc to wszystko pisze: „jest coś, czego nie mogą pokazać – Polaka z jakiejkolwiek klasy, z jakiejkolwiek części Polski, który potrafiąc czytać i pisać, nie czułby wstrętu do rosyjskiego rządu”.
Poza tym jednak, korespondenci nie mogą dostać się wszędzie. Chociaż francuskie, niemieckie i angielskie gazety mówią, że walki jeszcze trwają – Rosjanie twierdzą, że jest już spokojnie na Litwie. Nie można tam jednak wjechać. Gdy reporter kupował bilet do Petersburga, stał koło niego oficer, aby upewnić się, że nie zrobi sobie na Litwie przystanku. Jedyne więc, co zdołał tam zobaczyć, to poczekalnia w Wilnie, gdzie w restauracji nazwy polskich potraw zapisano cyrylicą. Odszyfrował słowo – bigos, po czym zanotował: „nie wydaje mi się żeby zmieniło to litewskich Polaków w Rosjan. Mickiewicz i Kościuszko ciągle byliby Polakami, nawet jeśli karmieni byliby polskimi daniami o rosyjskich nazwach”.
Od tych słów, korespondent zaczyna swoją polemikę z rosyjskimi gazetami. Jego artykuły są w Rosji komentowane, a dziennikarze wytykają mu nieścisłości. Gdy np. pisał o incydencie pod Piasecznem, w którym zginął baron Dangiel, wspomniał, że „został on pocięty na kawałki”. „Zajmował się czymś bardzo nieszkodliwym – sadził ziemniaki, gdy Rosjanie weszli do jego ogrodu”. Nieścisłość korespondentowi wytknął „Journal de St. Petersbourg”, przyznając, że baron zginął, ale „nie został pocięty na kawałki”, tylko „uśmiercony strzałem”. Odpowiadając gazecie, korespondent wspomniał, że sprawdził wszystko jeszcze raz, i okazało się, że nie tylko miał rację, ale w okolicy usłyszał także o innych podobnie popełnionych zbrodniach.
W polemice z gazetami, które przemilczają zbrodnie, Anglik posuwa się jeszcze dalej. Przekonuje, że nie można przymykać oczu, bo nawet ogłoszenia, które drukowane są w Warszawie w oficjalnej prasie, krzyczą na temat okrucieństw. W jednym z nich policja poszukuje informacji na temat śmierci trzech ludzi zabitych przez żołnierzy w okręgu Pyzdry. Znaleziono trzy nagie ciała. Korespondent przytacza opis z ogłoszenia: „jeden z nich dostał trzy ciosy w głowę i w kark, 11 ran kłutych na klatce piersiowej, plecach, rękach”, drugi ma odcięte pół twarzy, inne rany, w sumie 17, od których zmarł następnego dnia. „Trzeci dostał trzy ciosy w głowę i 14 dźgnięć bagnetem w klatkę piersiową i ręce”.

Znudzone mocarstwa

Patrząc na to okrucieństwo, wysłannik „Timesa” zaczyna pisać o sytuacji, która „nie zmieni się dopóki zachodnie mocarstwa nic nie zrobią”. Ma jednak mieszane »
uczucia, gdy cytuje powstańców, którzy za wszelką cenę chcą zwrócić na siebie uwagę świata. Dodaje więc swój komentarz: „Polacy, zdaje się, przeceniają swoje znaczenie w Europie, bo jeśli europejskie narody mają być brane za jedną rodzinę mieszkającą pod tym samym dachem i jest jeden członek tej rodziny, który przez jakiś już czas jest pieniaczem w swoim własnym pokoju, który ciągle próbuje podpalić dom, w nadziei, że w czasie wielkiej pożogi będzie miał szansę się uwolnić – to, moim zdaniem, jest największe zagrożenie dla Europy z jej polskiej części”.
Mimo to, wydaje się jednak rozumieć trudne położenie Polaków – bo jeśli nie będą nic robić, to nie mają szansy nic zyskać. Na razie jednak nikt z pomocą nie przychodzi. Jedyni przedstawiciele innych krajów, których korespondent widzi to grupka Włochów narzekających, że polskie powstanie nie jest taką wielką przygodą, jakiej się spodziewali i są już zmęczeni czekaniem na wejście na teren wroga. Spotyka też pięćdziesięciu Węgrów, którzy nie są rewolucjonistami, a po prostu odważnymi entuzjastami, którzy darzą Polaków sympatią i chcą pokazać w akcji to, „co każdy inny rząd w Europie robi tylko słowami”.

Gasnąca iskierka

Ostatnia z korespondencji została przesłana z Petersburga 30 listopada 1863 r. „Ogólna opinia w Sankt Petersburgu na temat polskiej insurekcji, jaka płynie z dzienników, jest taka, że insurekcja się zakończyła” – pisze korespondent i choć według Polaków walka jeszcze trwa, skłania się on ku podsumowaniom. „Insurekcja rzeczywiście była czymś więcej niż symptomami poważnej i strasznej choroby, której czas nie może uleczyć”. „Z mojej stron jednak, cokolwiek inni mogą myśleć, nie mam wątpliwości: polski naród z pewnością nie powstał jako jedność przeciwko Rosji” – mimo tego, że „każda z klas dała niewątpliwe dowody na swoją nienawiść do Rosji i gotowość na wszelkiego rodzaju poświęcenia, by tylko wyzwolić Polskę z rosyjskiego jarzma”. Korespondent wspomina, że na początku właściciele ziemscy byli przeciwni powstaniu, bo nie było jeszcze należycie przygotowane. Dlaczego więc wybuchło? Zrozumiał to dopiero po rozmowie z jednym z dowódców, który opowiedział o rosyjskim poborze do wojska. To właśnie branka stała się punktem zapalnym, kiedy to pogrążony w bólu naród musiał zareagować.
„Trzydziestoletnie prześladowania – powiedział korespondentowi oficer – zrodziły wiele furii, które musiały znaleźć ujście. Jakikolwiek byłby wynik tego poruszenia, lepiej jest spotkać się z wrogiem otwarcie na polu bitwy, niż nienawidzić, pomstować i czasami tylko dźgać Rosjan, zamiast raz się z nimi zmierzyć. Kraj będzie zrujnowany, bez wątpienia, ale rolniczy kraj jak Polska, nie może być w ruinie długo”.
Słysząc to wszystko, korespondent wpada w zakłopotanie. „Więc może trzeba podejść do sprawy inaczej” – zastanawia się, po czym podsumowuje całe powstanie styczniowe: „ci, u których uczucia wzięły górę nad intelektem, wzięli się do walki. A ci, u których zwyciężył intelekt, pozostali w domu”.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
 ~wiékszośc Polaków..: nie wiedziała,że są Polakami....takie to były czasy.....
odpowiedz
 ~polscy legionisci walczyli na Haiti: Niepodległość to obietnica lepszego jutra i kontroli nad własnym losem. To radość, pompa i wiwaty. Gdy Haiti ogłaszało koniec zależności od Francji w 1804 roku, było pierwszym niepodległym państwem w Ameryce Środkowej. Francuskie wojska napoleońskie wspierane przez polskich legionistów uległy rebelii podwładnych. Haitańczycy poczuli wtedy to, co czuje niewolnik, który zrzucił łańcuchy – chęć zemsty na swoich ciemiężycielach. Lepsze jutro miało już nie nadejść,Polacy przeszli na strone rebeliantow i osiedli na wyspie zakladajac rodziny!!!!!!!!!!!I tak mamy polskich mulatow z niebieskimi oczami i slowianskimi rysami twarzy....
odpowiedz
 ~Angelika: hej pomurzcie
odpowiedz
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 08:48)
~Barbara Damjan:  Wracając z byłym kochankiem, natychmiast z zaklęciem miłosnym, to

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 08:38)
~Barbara Damjan:  Wracając z byłym kochankiem, natychmiast z zaklęciem miłosnym, to

Kryzys imigracyjny największym wyzwaniem dla UE (godz. 06:28)
~: zielony

Kryzys imigracyjny największym wyzwaniem dla UE (godz. 06:27)
~alex: bolek

Kryzys imigracyjny największym wyzwaniem dla UE (godz. 06:26)
~alex: biały

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.