prl cooltura
       
Sobota, 20.07.2019 Fryderyka, Małgorzaty, Seweryny
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Uwielbiamy POSK!
Katarzyna Pakosińska
Uwielbiamy POSK!

Rozmawiała Sylwia Milan


ostatnia aktualizacja: 2008/10/15 08:00

Wiadomość tygodnia: bywa, że Katarzyna Pakosińska z Kabaretu Moralnego Niepokoju, nie śmieje się! Dlaczego, w jakich sytuacjach i na jak długo? Odpowiedź poniżej.

Czy pani nigdy nie miewa tzw. „doła”?

Oczywiście, że miewam, ale nikt o tym nie wie, oprócz mnie samej.

Co pani wtedy robi?

Jem, dużo jem. Lubię jeść, uwielbiam. W sytuacji stresowej ptasie mleczko. Do tego przyjaciele. Mam dookoła siebie mnóstwo kochanych, oddanych ludzi.

Do jakich osób najbardziej panią ciągnie?

Nigdy nie myślałam, że dobieram ich sobie. Na pewno bardzo cenię tych z poczuciem humoru, pogodnych i dobrych. Od razu wyczuwam, czy ktoś jest czysty w środku. Bardzo nie lubię intryganctwa, plotkarstwa, często takich odstawiam na bok, ale nie skreślam nikogo na wejściu. Nawet jeżeli coś niedobrego o kimś dociera do mnie, to ta osoba i tak zawsze ma u mnie otwartą kartę. Musi mi podpaść na całego, bym ją skreśliła całkowicie.

Lepiej dogadywać się z kobietam czy z mężczyznami?

W moim zawodzie jest bardzo mało kobiet, więc jeżeli już taką spotykam, chcę jej dać jak najwięcej energii. Ona obok mnie robi to samo, wiem, co przeżywa, jakie ponosi koszty tego zawodu. Od razu na wejściu staje się moją przyjaciółką, którą chce wspierać i myślę sobie: „Kurcze, trzymajmy się razem!” Może to się zmieni z wiekiem, jak się pomarszczę i zobaczę taką strasznie fajną laskę (śmieje się), to będę na nią zła. Boże, broń mnie.

Z kolegami z kabaretu dobraliście się wyśmienicie.

O tak, dobrała się grupa. Na scenie jest kilka osób, ale każdy z nas jest inny i każdy wnosi do zespołu coś odmiennego, bo interesuje się czym innym. My się naprawdę fajnie bawimy. Wyszliśmy wszyscy razem z polonistyki. Mamy wiele wspólnych wspomnień, więcej o sobie wiemy niż nasi najbliżsi.

Jak długo się znacie?

14 lat.

Na ile w czasie występu trzymacie się wyuczonego tekstu?

Te same teksty gramy po tysiąc razy. Gdy schodzimy ze sceny mówimy do siebie: „Ale dzisiaj to coś podkręciliśmy”. Cały czas jest coś innego, jesteśmy obok siebie dosyć kreatywni. Nie idziemy z tekstem przygotowanym nawet wtedy, kiedy gramy go pierwszy raz, ponieważ na pewno go wtedy jeszcze nie umiemy (śmieje się) i to na tym polega. Kabaret to nie teatr, nie musimy odegrać czegoś konkretnego. Tekst tworzy się na bieżąco. Nasze monologi są cały czas świeże.

Dowcipy są rewelacyjne. Jak wy to robicie?

Naprawdę nie wiem.

Wiele zależy od publiczności. Można ją jakoś sklasyfikować?

Tak. Warszawa i reszta Polski, Irlandia, Anglia.

Zacznijmy od stolicy.

Na pewno zupełnie inaczej gra się w Warszawie. To miasto rozpieszczone z napisem: „My tu już wszystko mamy”. Do takich czasem najtrudniej dotrzeć. Ale docieramy.

A reszta kraju?

Zupełnie inna sytuacja, gdy gramy w Białymstoku albo na Kielecczyźnie, czy w Górach Świętokrzyskich. Tamci ludzie zmagają się z zupełnie inną rzeczywistością niż warszawska, mają inną mentalność.

Kto przychodzi na wasz kabaret w Irlandii?

Ludzie wygłodniali dowcipów. Dla nich przygotowujemy mały reportażyk na wesoło o tym, co dzieje się w Polsce.

Byliście w Stanach?

Nie graliśmy w Stanach, dopiero będziemy. Odwlekamy tę wizytę, nie wiem czemu, ale odwlekamy.

No i na koniec, Anglia...

Najczęściej jesteśmy w Londynie. Uwielbiamy POSK. Pierwszy raz byliśmy tam prawie 10 lat temu.

Skąd pani pochodzi?

Urodziłam się w Warszawie, teraz mieszkam 20 km od stolicy, w Milanówku. Mam tam swoją rodzinę, babcię dziadków, wujków, ciotki, wszyscy jesteśmy na kupie.

Na rodzinnych spotkaniach proszą panią o „rozruszanie” towarzystwa?

Ja właściwie nie jestem osobą śmieszną. Nie umiem opowiadać dowcipów, nie pamiętam anegdot. To jest dosyć kłopotliwe. Prywatnie tak, jest z tym pewien kłopot, ciężka sprawa. Na scenie, to zupełnie co innego. Na szczęście w rodzinie już mi dają spokój, bo wiedzą.

Na samym początku edukowała się pani w nieco innym kierunku.

Chciałam zostać grafikiem i ilustratorką książek dla dzieci. I tak prawdopodobnie potoczyłoby się. Dostałam się do liceum plastycznego i szykowałam do studiów na Akademii Sztuk Pięknych. Planowałam iść na grafikę. Ja właściwie bardziej w malarstwie siedziałam. Coś dłubać po cichu, w zaciszu domowym, absolutnie niegwarnie, to raczej była moja natura.

A jednak przygoda ze sceną zaczęła się właśnie w liceum plastycznym.

To prawda. Byłam organizatorką wszelkich happeningów, spotkań, uroczystości szkolnych, skarbnikiem, przewodniczącą klasy. Nikomu się nie chciało, więc Pakosińską wysyłali. Przyznaję, że sprawy organizacyjne lubiłam. Bardzo niemiecka jestem, jeżeli chodzi o obowiązki, absolutnie nic innego, tylko w pracy Niemcem jestem. Pamiętam moment, kiedy miałam już wyszykowaną teczkę na grafikę, gdy jeden z moich profesorów poprosił, by zrobić małe przedstawienie. Napisałam sztuczkę, obsadziłam profesorów, między innymi też siebie. Wystawiliśmy i wtedy on powiedział: „Kasia, stoisz na scenie i ciebie widać. Zdawaj ty dziewczyno do szkoły teatralnej, coś w tobie jest”. Nie ma nic gorszego, jak powiedzieć coś takiego 18-letniej dziewczynie. Oko mi błysnęło, pomyślałam, że może warto. Tańczyłam w zespole folklorystycznym, więc kontakt ze sceną miałam.

Kim był ten nauczyciel?

To mój wychowawca, Ryszard Bojarski, świetny grafik. Do tej pory utrzymuję z nim kontakt.

Ten człowiek pokierował pani życiem. Czy dziś jest pani z tego zadowolona?

Ale oczywiście, że tak. Do zawodu, który wykonuję doszłam na okrętkę, nie mając świadomości, że w ogóle się do tego nadaję. 12 lat pracy na scenie udowodniło mi, że to jest moje miejsce. Znalazłam coś mojego, a o tym zawsze marzyłam. Wiedziałam, że jeżeli w życiu będę coś robiła, to żeby to było na 100 procent i żeby było tak, że jeżeli zniknę, to ciężko będzie mnie zastąpić. I chyba udało mi się do tego dojść.

Najpierw skończyła pani polonistykę, później dziennikarstwo, po drodze jeszcze studium muzyczne. Po co aż tyle kierunków?

Jakby do końca nie wierzyłam, że nadaję się na scenę. To była cały czas niewiara. Intuicyjnie przygotowywałam się, ale nie miałam parcia. Ja po prostu coś czułam i szłam w tym kierunku.

Pamięta pani dzień, w którym poznała kolegów z kabaretu? Czy od razu zaiskrzyło zawodowo?

Pamiętam, że tego dnia, kiedy oni zaprosili mnie na pierwszą próbę kabaretu, miałam zdjęcia próbne do jakiegoś filmu. Casting na Chełmskiej to było duże przeżycie. Nie wiedziałam, co robić. Odwołać chłopaków, czy film?

Na pani miejscu każdy wybrałby film?

A ja poszłam na spotkanie z nimi. Zamknęłam oczy i zapytałam się siebie, co robić.

A echo odpowiedziało...

„Chcę do nich!” Mam szczęście do ludzi, bo zawsze stawały obok mnie osoby mądre, myślące, które były dla mnie autorytetem. Jeżeli chodzi o teatr, to Wojciech Siemion, dla mnie mistrz wersyfikacji, mistrz poezji. On skierował moje kroki bardziej poważnie w kierunku sceny. Ważni dla mnie byli też: Robert Rozmus i Andrzej Chyra. Ten pierwszy dał mi estradowy luz, drugi przygotował bardziej reżysersko, bym patrzyła na to bardziej z góry. Tak samo na polonistyce. Miałam wspaniałych profesorów, wspaniałą panią promotor, która jeszcze mnie zachęca, żebym wróciła na studia i pisała pracę doktorską. Na razie nie ma na to czasu, ale to nie jest wykluczone, ponieważ już wróciłam do pisania felietonów.

Za pierwszym razem nie dostała się pani na polonistykę.

Zabrakło mi jednego punktu, więc dziekan, do tej pory uwielbiany przeze mnie, stwierdził: „Pani Kasiu, ja w panią wierzę. Pomogę pani, żeby tego roku nie marnować”. Przyjęli mnie na pół etatu jako... woźną na wydziale polonistyki. Nie dostałam indeksu, ale mogłam uczestniczyć w zajęciach jako wolny słuchacz i normalnie je zaliczać. To był dla mnie bardzo ciężki czas, zwłaszcza psychicznie, bo fizycznie to już pal sześć, ale moja psychika cierpiała strasznie. Byłam zmuszona do wykonywania czegoś, do czego nie byłam powołana. Skończyłam liceum plastyczne, uważałam, że jestem artystką, matko jedyna, a wstawałam o piątej rano i ze szmatą ganiałam, zmywałam podłogi, myłam okna ze łzami w oczach. Moja kochana, cudowna mama mówiła: „Kasia, zaciśnij zęby, dasz radę, nie stracisz roku”.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:53)
~Nora Zvonimir:   Nazywam się Nora Zvonimir, jestem tu, aby podzielić się świ

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:50)
~Nora Zvonimir:   Nazywam się Nora Zvonimir, jestem tu, aby podzielić się świ

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:49)
~Nora Zvonimir:  Nazywam się Nora Zvonimir, jestem tu, aby podzielić się świadectw

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 09:53)
~Franka Mauro:  To najwspanialsza rzecz, jakiej kiedykolwiek doświadczyłem w swoim

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 09:25)
~Elena Vedran:  Nazywam się Elena Vedran. Bardzo się cieszę, że mogę dzielić si

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.