prl cooltura
       
Niedziela, 22.09.2019 Maury, Milany, Tomasza
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Oddam władzę w dobre ręce
Zbigniew Romaszewski
Oddam władzę w dobre ręce

Rozmawiała Sylwia Milan


ostatnia aktualizacja: 2008/10/16 08:00

Największy postęp zawsze wynikał z konfliktu pokoleń. Gdy do niego dochodziło, państwa kroczyły naprzód. Kiedy w Polsce „młodzi” odbiorą władzę „starym” skonfliktowanym politykom? Czy zmiana warty jest już tuż, tuż, czy hen, hen daleko? Prognozy wicemarszałka Senatu RP Zbigniewa Romaszewskiego.

Świat idzie do przodu, gdy o jego losie decyduje młode pokolenie. W przeszłości nieraz władzę odbierano starszym nawet siłą. Czy stanie się tak i u nas w najbliższej przyszłości? Bo że starsi nie dają sobie rady, to widać gołym okiem.

Szanse, że w Polsce tak się stanie są żadne, bo w tej chwili młodzi ludzie zostali zaprzężeni do wyścigu szczurów. Latają jak szczury, zarabiają na rodziny. Nie mają czasu na refleksję. W tej sytuacji znalezienie grupy skłonnej do refleksji i działania, wcale nie jest takie łatwe. Młodzi muszą się zakochać, założyć rodzinę. Mają cholernie dużo rzeczy do zrobienia. W dzisiejszych warunkach to bardzo trudne. A poza tym, aby dokonywać przewrotów trzeba budować ideologie, programy, działać w interesie jakiejś wspólnoty, a nie w imię swojej własnej kariery. Wiąże się to ze sporym wysiłkiem, za który zapłatą jest często tylko osobista satysfakcja – wierność sobie i bardzo duże ryzyko porażki, które może zaciążyć na życiu także rodziny.

Czy oddałby pan swoje stanowisko, jeśli przyszliby po nie młodzi? Pytanie czysto teoretyczne, bo nikogo na pańskie miejsce nie mam (śmieję się).

W pewnym momencie to po prostu konieczność. Mnie polityka powoli przestaje interesować. Kiedyś uprawialiśmy ją jako pewną dyscyplinę budowania konsensusu, staraliśmy się rozwiązywać problemy społeczne. W tej chwili nie ma ona wymiaru współpracy tylko współzawodnictwa. Jeżeli będzie jakakolwiek ustawa i PiS powie „tak”, to Platforma powie „nie”, jeżeli Platforma powie „tak”, PiS odpowie „nie”. Nie ma odpowiedzialnej dyskusji na zasadnicze tematy. To współczesna wada polityki i samych wyborów.

Czy tu jest miejsce na merytoryczną dyskusję i rzetelną pracę?

Nie. Problem rozbija się przede wszystkim o świadomość społeczeństwa demokratycznego, nieprzygotowanego do zajmowania się trudnymi problemami. W demokracji społeczeństwo powinno rządzić, ale mu się nie chce przyjmować odpowiedzialności i zdobywać koniecznej wiedzy. W dużej części są za to odpowiedzialne media, a właściwie rewolucja medialna, która już się dokonała. Następuje rozproszenie zainteresowań i szum informacyjny. Każdy lubi chwytać rzeczy łatwe, proste i przyjemne. Trudne problemy w ogóle znikają z pola dyskusji.

Bo są nieatrakcyjne medialne?

Tak. Przy wyborze polityka decyduje jego aparycja, wyborcy patrzą, czy jest wysoki i opalony.

Jako jedyny parlamentarzysta zasiadał pan w każdej z siedmiu kadencji Senatu od 1989 roku. Jak na przestrzeni tego czasu rysowała się sylwetka parlamentarzysty?

Parlament zmienia się. W moim przekonaniu dosyć negatywnie, to znaczy szersza refleksja ustępuje doraźnym interesom poszczególnych grup, partii, lobby, których jest coraz więcej. Dyskusję programową zastępuje intryga i klientelizm. Jeśli ludzie kształcą się w marketingu i zarządzaniu, to kto będzie budował mosty, nie mówiąc już o nowoczesnych technologiach.

Czy właśnie takich CV jest najwięcej w sejmie i senacie?

Nie potrafię odpowiedzieć, ale ludzi, którzy dysponowaliby odpowiednio szeroką wiedzą nie jest wielu. Oni rzadko przychodzą do polityki, często pozostają na uczelniach, bo ich wiedza nie bardzo znajduje zastosowanie albo robią kariery biznesowe.

Czy wiek jest barierą dla polityka?

Jest pewną, natomiast daje kolosalne doświadczenie, a to równie ważne. Proszę pani, idealnie byłoby, gdyby młodość wiedziała, a starość mogła (uśmiecha się).

Przejdźmy więc do międzynarodowej polityki i naszego w nim odbioru.

Nasz wizerunek budowano dotąd całkowicie fałszywie.

To nie jest zły wizerunek.

Dobrym wizerunkiem jest to, że jako jedyny kraj byliśmy w stanie zbudować w obozie socjalistycznym dziesięciomilionową strukturę organizacyjną.

Pan się nie boi, że to może zostać zdeprecjonowane?

To może zacznijmy mówić o „Solidarności”, a przestańmy mówić o Wałęsie.

Czuje pan niedosyt?

Mur berliński obalili berlińczycy. Rewolucję Aksamitną zrobili Czesi, ale u nas komunizm obalił Wałęsa. To szaleństwo jakieś. Może zająć się tym. Szeroki temat.

Przecież to kwestia symboliki.

Ależ proszę pani, istnieje jeszcze prawda i z tą prawdą należy się liczyć. O prawdzie należy wiedzieć, jak to było, bo potem człowiek nie rozumie społecznych zachowań. Nie wie, jak wygląda rzeczywistość i daje się manipulować. Budujemy mity.

Rozumiem, że niektóre sprawy nie ułożyły się tak, jak się powinny. Osoby niedocenione mają prawo czuć żal.

Niedocenione? To jest paręset tysięcy ludzi, którzy wywalczyli wolność, niepodległość, demokrację, a którzy dziś zapomniani żyją często w nędzy. Ich prześladowcy, korzystają za to ze specjalnych przywilejów, emerytur mundurowych. To nie żal, to niesprawiedliwy system.

Cokolwiek ma pan na myśli, to jest to wewnętrzny problem. Na zewnątrz trzeba prezentować wspólny front i takich rzeczy nie wyciągać. To nie służy naszemu wizerunkowi.

Nie zauważyłem, aby stanowiło to jakikolwiek warunek w bezpardonowej krytyce, czy plotce mającej dezawuować braci Kaczyńskich.

To się przekłada na stosunek do nas. Potem się dziwimy, że na arenie międzynarodowej nie traktują nas tak, jakbyśmy chcieli. Nie mamy silnej karty przetargowej. Jako całość nie stanowimy jedności.

Słabszej karty przetargowej niż w momencie, kiedy zachwycano się, jacy to jesteśmy wielcy, to już nie będziemy mieli. Lokajów zawsze się chwali i nic im się nie daje. Taki był stosunek do lokajskiej polityki. Teraz on się zmienia, więc jest niewygodny. Nie jesteśmy na prawach lokajskich, ale partnerskich. Jeżeli prezydent Francji mówi nam, że straciliśmy dobrą okazję, by siedzieć cicho, to najlepiej obrazuje ten nasz „wielki” sukces na arenie międzynarodowej.

Przecież ta wypowiedź nie zrodziła się na bazie francuskich doświadczeń ostatnich dwóch dekad, ale dwóch wieków. Tego nie zmienia się szybko.

Ma pani 100 procent racji. Zmiana świadomości społecznej to bardzo długi, ale już trwający proces. Dlatego tak bardzo niepokoją mnie próby legislacyjnego przyspieszenia procesów integracyjnych (Traktat Lizboński). Bo dopiero to stanowi zagrożenie dla naprawdę głębokiej i trwałej integracji europejskiej.

W działalności opozycyjnej brał pan udział razem z żoną. Jak organizuje się życie rodziny, w której dwie dorosłe osoby stale ryzykują jej bezpieczeństwo? Nie chcieliście się podzielić: jedno walczy o Polskę, a drugie o dom?

To, że tak nam się udało dobrać, to był chyba największy sukces naszego życia. Pracowaliśmy razem, podzielaliśmy te same poglądy. Muszę przyznać, że żona była bardzo zasadnicza, jeśli chodzi o wychowanie dziecka, prowadzenie domu. Ogromną uwagę przykładała do obiadu na czas, odrobionych lekcji. Spotykaliśmy się, działaliśmy, ale oprócz tego, musieliśmy prowadzić normalne życie. To duży wysiłek, bo przecież trzeba było jeszcze na to zarabiać.

Szybko się państwo odnaleźli?

Tak. I szybko się pobraliśmy. Nasza Agnieszka przyszła na świat, gdy mieliśmy po 22 lata. Oczywiście życie w takim domu dla dziecka jest ryzykowne, ale daje mu również szansę rozwoju, spotykania niezwykle ciekawych ludzi, owocuje politycznym wyrobieniem.

Kiedy ponieśli państwo największe konsekwencje swoje działalności opozycyjnej?

Najbardziej żywe lata działalności i zagrożenia, to lata 1976–1980. Co dwa, trzy tygodnie przychodzili do nas na rewizję, przewracali dom do góry nogami, zatrzymywali na 24 albo 48 godzin. Jak o 6.00 rano słyszałem dzwonek do drzwi, od razu podskakiwałem. Wiedziałem, że to nie mleczarz, tylko SB idzie. Trzeba jednak pamiętać, że w więzieniach nie dostawaliśmy już tak w kość jak za czasów stalinowskich. Gdy prowadzono mnie do aresztu na Mokotowie, pomyślałem sobie: „Nie, no tutaj to ja mogę siedzieć. Duże okna, światło”. Straszne było, gdy nas przetrzymywali w piwnicach, bez światła na 48 godzin. Po demonstracji na 11 listopada 1978 r. znalazłem się w takiej właśnie celi w piwnicy, gdzie okna były otwarte, a na dworze przymrozek. 48 godzin przechodziłem.

Po stanie wojennym założył pan Radio „Solidarność”. Przez jaki czas działało?

Po naszym aresztowaniu kontynuowali koledzy. Radio brało jeszcze udział w kampanii wyborczej 1989 roku.

Na ile lat rozłożył pan swoją walkę z komuną?

W Instytucie Fizyki Akademii Nauk Związku Radzieckiego robiłem doktorat z fizyki. Prowadziłem pierwsze badania i wtedy zorientowałem się, że system komunistyczny nie jest w stanie przetrwać, bo jest ekonomicznie niewydolny. Widziałem sputniki, bombowce, rakiety, spodziewałem się nowoczesnej aparatury. I tu doznałem zaskoczenia. Aparatura bardzo poślednia. Kiedy w USA nadprzewodzące magnesy były przenośne, tam, aby wytworzyć silne pole magnetyczne włączało się elektrownię! Rynek technicznych nowości po prostu nie istniał.

Który to był rok?

Koniec lat 60-tych. W latach 80-tych to już agonia. W moim przekonaniu istotny jest rok 1977, kiedy prezydent USA, Jimmy Carter, na którym lubi się psy wieszać, uznał prawa człowieka za pewien imperatyw w amerykańskiej polityce zagranicznej. To był przełom, stworzenie ideologii dla wolnego świata, które stymulowało wszystkie wolnościowe ruchy praw człowieka.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:16)
~Reb Weber:  Witajcie przyjaciele, niesamowite i niesamowite świadectwo o świetn

ACAS – czym się zajmuje i kiedy możemy się do niego zwrócić? (godz. 11:26)
~Daniel :  Potrzebuję pomocy,bo pracodawca nie chce wypłacić mi pieniędzy. P

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 09:51)
~Reb Abena:  jeśli chcesz, aby twój były kontakt z powrotem chubygreat o

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 18:16)
~Loreta Emilio:  DR ISIKOLO jest po prostu najlepszym rzucającym zaklęcia i pomocnik

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 17:24)
~Milena Carlos:  Prawdziwy rzucający zaklęcia o nazwie DR ISIKOLO Byłem tak p

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.