prl cooltura
       
Poniedziałek, 14.10.2019 Alany, Damiana, Liwii
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Przeszłość wróci i zemści się
Jan Olszewski
Przeszłość wróci i zemści się

Rozmawiała Sylwia Milan


ostatnia aktualizacja: 2008/09/08 13:25

Wybitny działacz opozycyjny. Polityk o imponującym życiorysie, żyjący w dwóch systemach, co daje mu większą perspektywę, ale czy pomaga? Do jakiego momentu pamięć jest przydatna, próbuje ustalić były premier RP, Jan Olszewski.

Pańskie aspiracje polityczne nie sięgały tak wysoko jak stanowisko premiera, prawda?

Tutaj nie chodzi o aspiracje tylko o zaistniałą sytuację. Jesienią 1991 roku ze względu na dramatyczną sytuację finansową kraju byłem przekonany, że na tym stanowisku potrzebny jest ekonomista. Jako kandydat do urzędu premiera nie widziałem się wtedy nawet w dziesiątym szeregu. Oczywiście, miałem ogólne wyobrażenie o tym, co powinno zostać zrobione, ale nie przymierzałem się do realizacji tych zadań jako szef rządu. Ze względu na partyjne rozbicie polityczne i bardzo złożony układ sprzecznych interesów pierwszego Sejmu, pochodzącego z wolnych wyborów, właściwie niemożliwe było znalezienie w nim większości dla kandydata konkretnej partii.

Dlaczego więc, mając tego świadomość, zdecydował się pan na objęcie gabinetu? Ktokolwiek w 1991 roku podjąłby się misji tworzenia rządu, byłby w nadzwyczaj trudnej sytuacji.

Okazało się, że zostałem zaakceptowany przez większość sejmową. Kluczem do tego sukcesu nie były, jak sądzę, moje polityczne walory. W tamtym składzie Sejmu byli ludzie, których w czasach PRL-u, a zwłaszcza stanu wojennego, broniłem. Mieli do mnie zaufanie, nie tyle jako do polityka, ale do własnego obrońcy z przeszłości. Moja kandydatura była jedyną, która mogła przejść i pozwalała stworzyć rząd, posiadający większość. Miałem przekonanie, że podejmuję się czegoś, czego w normalnych warunkach podejmować się nie powinienem, ale w tamtej sytuacji musiałem.

Żałuje pan dziś?

Nie, nie żałuję. Chociaż we wspomnieniach mało eksponuje się fakt, że koniec roku 1991 to moment bankructwa finansowego państwa.

Był pan przeciwny polityce gospodarczej Leszka Balcerowicza?

Żeby być przeciwko, trzeba było mieć alternatywny plan. Takiego wtedy nie było i ja na pewno bym go nie stworzył, bo nie jestem ekonomistą. Natomiast byłem bardzo krytyczny. Jesienią 1991 skutki planu Balcerowicza były już powszechnie widoczne. I na to trzeba było znaleźć odpowiedź. Przyjmując na siebie to zadanie, nie miałem wyobrażenia, w jaki sposób zdołamy z tego wyjść. Ale alternatywa była taka, że pierwszy po pół wieku pochodzący z wolnych polskich wyborów parlament, nie zdoła powołać rządu. To byłaby historyczna kompromitacja, dlatego musiałem to wyzwanie podjąć.

Pański stosunek do polityki gospodarczej Balcerowicza cały czas był taki sam, czy zmieniał się?

Uległ zmianie. Moja krytyczna postawa pogłębiła się, kiedy zostałem szefem rządu i zapoznałem ze szczegółami.

Jeśli nie jego plan, to czyj należało wdrożyć?

Nikt nie sformułował innego.

Po objęciu urzędu w swoim wystąpieniu telewizyjnym powiedział pan, że kończy się pogoda dla oszustów i złodziei. Czy za czasów istnienia pańskiego gabinetu udało się to zmienić?

Myślę, że udało, w bardzo znacznym stopniu jak na te sześć miesięcy. Przynajmniej na pewien czas zostało to przyhamowane.

Czy obecne stanowisko doradcy prezydenta Lecha Kaczyńskiego daje panu szansę na dokończenie spraw przerwanych zbyt krótkim premierostwem?

Dzisiaj warunki w Polsce są zupełnie inne. Ja przy pełnieniu funkcji doradcy koncentruję się na niektórych wybranych kwestiach, bo trudno zajmować się wszystkim. Mnie z braćmi Kaczyńskimi dzieli właściwie wszystko. Jestem z innego pokolenia i środowiska, oni z inteligenckiego, a ja robotniczego, kolejarskiego. Nawet jako warszawiacy się różnimy. Oni są z Żoliborza, ja z Pragi, a to też ogromna różnica. Mamy zupełnie odmienne doświadczenia, bo to są ludzie, którzy weszli w dorosłe życie po przełomie w 1956, już w innym PRL-u. Mnie ukształtowały doświadczenia wojny i okresu powojennego. Jednak przy tych wszystkich różnicach łączy nas całkowita zgodność w pojmowaniu kategorii trwałego polskiego interesu narodowego i państwowego.

Czy tacy ludzie, nazwijmy ich ideowcami, mają szansę wygrać z tymi, którzy w zmieniającym się świecie potrafią szybciej się odnaleźć? Zapominają o tym, co było wcześniej, skoro wymaga tego dobro przyszłych pokoleń i kraju. Czy myślenie w kategoriach narodowego interesu ma przyszłość?

Tutaj mogą być dwa różne sposoby patrzenia. W tym zakresie zostało sformułowane słynne hasło prezydenta Kwaśniewskiego ,,Wybierzmy przyszłość”. Można pojmować zakres polskiego interesu w oderwaniu od doświadczenia historii. Można i są tacy, którzy mówią, że wiek XXI to jest zupełnie co innego, nie ma już tradycyjnego układu geopolitycznego Polski między Niemcami a Rosją. Jest Unia Europejska, a my jej elementem. Interesy narodowe przestają grać jakąkolwiek rolę, są właściwie tylko obciążeniem.

No właśnie i do czego są potrzebne, zapyta pański krytyk?

Na podstawie mojego doświadczenia w dość długim już życiu powiedziałbym mu, że to jest czysty miraż. W nowej przebudowanej Europie, wszystkie przesłanki decydujące o pozycji Polski, Polaków i ich podstawowych interesach, w dalszym ciągu, oparte są i funkcjonują na tych samych zasadach.

Chce pan powiedzieć, że przetrwają tylko ci, którzy mają świadomość swojej tożsamości?

Nie tylko przetrwają, ale są w stanie narzucić ton, brać udział i mieć słyszalny głos w dyskusji o przyszłości Polski i Europy. Pozycja, w której jesteśmy, jest ciągle bardzo niebezpieczna, co się tylko od czasu do czasu uwidacznia. Byśmy mogli powiedzieć, że w Europie podejmujemy grę na równorzędnych zasadach, konieczne jest uregulowanie stosunków z Niemcami na zasadzie likwidacji do końca pozostałości drugiej wojny światowej. Jeżeli ja pani teraz mówię, że to nie jest załatwione, to pani poczuje się pewnie zaskoczona, bo wszyscy wokół powtarzają, że wojna była przeszło pół wieku temu i jest już tylko odległym wspomnieniem ludzi z mojego pokolenia.

Pan sądzi, że ostateczne uregulowanie takich spraw jest możliwe? Czy nie wystarczy zaakceptowanie kompromisu, gwarantującego pokój i postęp, dwie największe wartości? Może koszt zamknięcia tego jest dzisiaj zbyt duży, a sami Polacy za słabi, by narzucać ton w Europie, skoro nie potrafią porozumieć się nawet na lokalnym szczeblu?

A jednak tamten rachunek nie jest zamknięty w pewnych bardzo ważnych pozycjach. Niemiecka strona z pełną świadomością pozostawia je otwarte. Np. pretensje do własności pozostawionej w Polsce przez tzw. wypędzonych ciągle są podnoszone i po stronie niemieckiej nie widać chęci ostatecznego zakończenia tej sprawy.

Wie pan, jak to widzi młode pokolenie i z odległości kilku tysięcy kilometrów?

Nie wiem.

Boli nas, że narodowe symbole, z którymi się utożsamiamy są przez samych Polaków degradowane. Na zewnątrz to wygląda fatalnie. Sprawa chociażby prezydenta Lecha Wałęsy, niekwestionowanego bohatera i jednego ze znaków firmowych Polski. Podkreślanie informacji o jego ewentualnej krótkotrwałej współpracy z SB przynosi więcej szkody niż pożytku.

To jest właśnie ta zasadnicza różnica w widzeniu tych spraw. Nie da się powiedzieć: wybieramy przyszłość i zapominamy o wszystkim, co było przedtem. Jeżeli nie spróbujemy tej przeszłości przezwyciężyć, ona wróci i w zupełnie nieoczekiwanym momencie wystawi nam surowy rachunek.

Już się mści. Widzi pan większe zyski czy koszty tego zamieszania?

Jeżeli postawimy sprawę we właściwy sposób i uwidocznimy szanse porozumienia, mimo tej przeszłości, to widzę tylko zyski. Ani w stosunkach między ludźmi, ani tym bardziej między narodami nie można uciec od prawdy, ani jej zakrzyczeć. Przykład Lecha Wałęsy, który pani przywołała, jest tu przykładem klasycznym.

Ale znając naszą mentalność i warunki, w jakich funkcjonujemy, to niemal pewne, że nie pójdzie, jak powinno, ale jak zawsze.

To trzeba zrobić tak, żeby poszło jak powinno. Wałęsa nie ucieknie od tego i moim zdaniem, jego największym błędem w 1992 roku, kiedy po raz pierwszy ukazała się lista Macierewicza, było nieprzyznanie się do porażki, że jako młody robotnik podpisał dokument. Nikt by się nawet wtedy nie zająknął, ale on się tego wyparł.

Jeśli nawet zostanie to kiedykolwiek udowodnione, to czy w jakikolwiek sposób umniejszy jego późniejsze zasługi, czy podkreśli bezwzględność systemu w jakim żyliśmy?

Stoję na stanowisku, że czy podbijamy komuś bębenek chwały, czy mówimy o jego ciemnych stronach, to uwzględniajmy wszystkie okoliczności, które w związku z tym były i o tym mówmy.

Wszyscy? Czy ci, którzy pomagali mu walczyć, ale nie zostali później za to gratyfikowani? Dziś łatwiej jest oceniać, ale czy warto?

Na pytanie: warto, nie warto, odpowiadam: trzeba.

Nie szkoda panu człowieka, który tak jak pan, nadstawiał głowę, a teraz jeszcze musi się z tego tłumaczyć? Czy pan jest go w stanie zrozumieć?

Ja rozumiem nie tylko jego, ale nawet ludzi, którzy są w dużo trudniejszej od niego sytuacji, a jest ich sporo.

Zastanawiam się, czy dzisiejszy ferment wokół bohaterów nie sprawi, że osoby obserwujące to, przestaną mieć ochotę na bycie potencjalnymi bohaterami w przyszłości, skoro jesteśmy tak autodestrukcyjni.

W okresie II Rzeczypospolitej młode pokolenie wychowywane było w kulcie dla tradycji Powstania Styczniowego. Ale obok bohaterstwa opisywano też słabości, a nawet moralną miałkość takich jego przywódców, jak np. Mirosławski. Józef Piłsudski dostrzegał w epoce powstania tylko dwie godne uwagi historyczne postacie: Traugutta oraz Wielopolskiego. Jednak doświadczenie lat wojny 1939–45 wskazuje, że ta wiedza nie zniechęciła młodych Polaków do największych wysiłków i niesłychanych wręcz poświęceń w obronie niepodległości ojczyzny. Dowodzi to, że elementem destrukcji nigdy nie jest prawda o historii, choćby bardzo trudnej, tylko jej zakłamywanie.

Uzurpujemy sobie prawo do negatywnej oceny każdej wybitnej osoby i czynu, jeśli tylko jest ku temu okazja. Mamy trudną historię, bo mamy trudne charaktery, to ściśle ze sobą powiązane.

A może jednak jest odwrotnie. Może dlatego mamy trudne charaktery, bo mieliśmy trudną historię. Ale mamy też zupełnie specyficzne doświadczenia ostatnich 19 lat tzw. III Rzeczypospolitej i proszę o tym nie zapominać.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
emmakor: 6zE0vd srgafrbfctbg, [url=http://tlsubglrzakp.com/]tlsubglrzakp[/url], [link=http://nzpabbezxsdf.com/]nzpabbezxsdf[/link], http://nczpoborqqse.com/
odpowiedz
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Zwycięstwo drużyny Fabiańskiego nad ManU (godz. 23:19)
~cavechezludo:

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 19:58)
~Rosa Antoine:  DZIĘKUJE dr Isikolo ZA PRZYWRÓCENIE MEGO SZCZĘŚCIA I RODZIN

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 19:33)
~Helena Leon:  Jestem Helena Leon z Londynu. Mój mąż i ja jesteśmy małże

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 17:37)
~Ariana Dalen:  Mój ex i ja zerwaliśmy 1 rok i 2 miesiące temu i byłem w sz

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 14:58)
~anonymous:  dr.ologhodospellwork@gmail.com to świetny rzucający zaklęcia miło

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.