prl cooltura
       
Wtorek, 31.03.2020 Balbiny, Kamila, Kornelii
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Szczyt  wszystkiego
Ania Lichota na Aconcagui w Ameryce Południowej
Szczyt wszystkiego

Elżbieta Sobolewska


ostatnia aktualizacja: 2009/08/31 11:44

Niewielu ludzi zdobyło Koronę Ziemi, siedem ramion gór wyrastających z ognia, skały i lodu na chwałę siedmiu kontynentów: Kilimandżaro w Afryce, Elbrus w Europie, Aconcagua w Ameryce Południowej, Denali w Ameryce Północnej, Carstensz Pyramid w Indonezji, Vinson na Antarktydzie.


Królową jest należąca do Azji Czomolungma, na zachód od Uralu zwana Mount Everestem. Ania Lichota ma już za sobą sześć zwycięskich wypraw. Teraz zbiera siły i pieniądze na ostatnią, by zostać szóstym polskim zdobywcą Korony i drugą Polką, której udało się tego dokonać. Jest jedną z nas, dziewczyną z Polski i Londynu.

Unika słowa: pokonałam. Gór się nie pokonuje, nawet się ich nie zdobywa. Wyścig szczurów niech trwa na nizinach. Na czterech, pięciu tysiącach metrów, o wyścigu się nie pamięta, a gdy kolejna wędrówka i przygotowania wciągają coraz bardziej, wtedy zapomina się o nim na stałe. Ania zapomniała, choć jest turbikiem w finansowym młynie londyńskiego City. Wraca z biura, zrzuca żakiet, makijaż i kolczyki i idzie na rower. Potem wcina orzechy, ledwie wykiełkowane rzodkiewki z miejskiego ogródka w pojemniku z wilgocią i wypija kolejny litr wody na deser. Potem uczy się góry. Czyta, myśli i czeka. Wreszcie przychodzi czas wejścia. Dwa, trzy tygodnie obłaskawiania swoich słabości i lęków. Każdym szczytem coraz głębiej wnika w samą siebie. Uczy się zaufania do przypadkowych ludzi, bo rzadko wchodzi na szczyt z osobami, które uczestniczyły w poprzednich wyprawach. Kupuje wejście przez internet i tyle. Lotnisko jest miejscem pierwszego spotkania.

Pierwszy krok Kilimandżaro
A wszystko było pierwsze na Kilimandżaro. Testowej górze, czy warto podjąć wyzwanie Korony Ziemi, codziennie ćwiczyć, oszczędzać czas i pieniądze. To pierwsze wejście potraktowała bardzo poważnie, była świetnie fizycznie przygotowana, dlatego zmęczenie niemal ją ominęło. Taka jest: zawsze perfekcyjna, odważna, przewidująca. Może tylko takim udaje się wejście na szczyt? Traktuje góry z czułością i wielkim szacunkiem, jak bóstwo, któremu ufa się bezgranicznie, bo nigdy nie skrzywdziło i nie zrobi tego, bo wyznawczyni pełna jest niemal biblijnej pokory.
Na Kilimandżaro widziała śmiertelnie zmęczonych Japończyków, których nieśli miejscowi tylko po to, by na szczycie pstryknął aparat. Widziała ludzi przeklinających górę. Zignorowali ją, potraktowali jak wakacyjną przygodę, którą można popisać się przed kolegami z biura. Góra odpłaciła im więc cierpieniem. Nie udało im się przeżyć niczego poza udręką, bo nie przygotowali się ani fizycznie, ani duchowo. – A dla mnie, wejście na Kilimandżaro było medytacyjnym spacerem, czasem refleksji i skupienia nad sobą. Wdychałam ją w siebie. Energia, którą generuje ziemia i kosmos te cztery i pół tysiąca metrów ponad poziomem morza, jest niesamowita.
Każda góra wymaga szacunku. Ma swoje pułapki, pokonuje nimi tych, którzy chcą ją posiąść, a nie doświadczyć jej energii. Na Kilimandżaro był to Gilman’s Point, początek szczytowego płaskowyżu i ostatnich wertykalnych 150 metrów. Cała wędrówka trwa od trzech do sześciu dni, zależy od wyboru ścieżki. Na sam szczyt wychodzi się w nocy, by na Gilman’s Point zobaczyć wschód słońca. Ania go jednak nie widziała, zasłoniły chmury. Szła te ostatnie metry wiedząc, że nie zobaczy lodowców Hemingwaya. Dostała coś cenniejszego niż widok utrwalony na kliszy.

Z niewoli emocji
Namiot dzieliła ze starszą Irlandką, nazywała ją Mum. – Bardzo się związałyśmy, opowiedziała mi o swoim, trochę złamanym życiu, a ja jej o moim, nadszarpniętym rozwodem. Dzięki niej zrozumiałam, że tylko ja jestem odpowiedzialna za swoje emocje i tylko ode mnie zależy, czy jestem szczęśliwa. Przestałam obwiniać się za smutek mamy, która chce bym mieszkała w Polsce. Rozliczyłam się z uczuć, które mnie przygniatały, emocjonalnie wyzwoliłam się ze swojej rodziny i wygoniłam z siebie przywiązanie do poczucia winy. Bardzo dbam o to, by nie wróciło.
Pierwsza wyprawa miała być romantyczną podróżą we dwoje, zakończoną sielanką w Zanzibarze, ale jej chłopak zrezygnował z wyjazdu. – Byłam sama i wściekła. Krążyłam dookoła basenu, aż słońce spaliło mi stopy. Moja złość wyładowała się na mnie samej. Głupia jestem, pomyślałam. Zapomnij, wybacz jemu, sobie i idź dalej. Skazana tylko na siebie, ogromnie dużo się nauczyłam. Zdałam sobie sprawę, że związek nie może być uzależnieniem. Trzeba być blisko, ale dać sobie również wolną przestrzeń, iść w jednym kierunku, ale jako dwa osobne byty. Ludzie mówią: idę zdobyć górę. A ja uważam, że zdobywamy samego siebie. Nie pokonałam góry, lecz swój lęk przed pełnią odpowiedzialności za siebie.
Na Zanzibarze spotkała Tasso, Brazylijczyka, którego poznała na Kilimandżaro. Założyli się o nazwę najwyższej góry Europy. Stawką było wspólne wejście.

Na Elbrus
Grupa bez przerwy próbowała włożyć ją w swoje ramki. – Czemu nie pijesz wódki? – Bo nigdy nie piję przed wejściem. – Dlaczego nie jesz mięsa? – Bo czerpię energię z powietrza, miłości do wszechświata. Zna rosyjski, więc dużo rozmawiała z przewodniczką, Ukrainką, wiedziała, czego może się spodziewać i wszystko tłumaczyła innym. Bywało tak stromo, że każdy krok był pokonaniem strachu. Na Siodle, słabym punkcie Elbrusa, zaczęła ją boleć głowa. Było mocno ponad pięć tysięcy, dwie godziny do szczytu. – Wszyscy weszli, a ja ciągle w drodze. Zupełnie inaczej niż na Kilimandżaro. Kiedy jednak byłam blisko, zeszli niżej, żeby wejść razem ze mną. To mi pokazało, że ludzie potrafią oddać to, co się im dało. Oni oddali mi swoje dodatkowe dziesięć metrów. Poczułam też, że nie muszę być najszybsza i najsilniejsza. Po Kilimandżaro, gdzie byłam przekonana o swojej fizycznej sile i świetnym przygotowaniu, na Elbrusie dostałam nauczkę. Schodząc w dół, pomagałam Tasso. Czuł się gorzej ode mnie, tracił równowagę. Myślałam: jestem silna po to, by pomóc innym.
Kiedy wchodziła na Kilimandżaro, Elbrus, potem na Aconcaguę i Denali zawsze zostawiała testament. Ostatni przygotowała na Denali. – Zrozumiałam, że to nie ma żadnego znaczenia. Bo jeśli ufam, nic mi się nie stanie. A jeśli zgubię wiarę, to jakie będzie mieć znaczenie co po sobie zostawię?

Współpraca z Unicefem
Można zbierać na rzecz organizacji i na pokrycie kosztów swojej wyprawy lub tylko dla organizacji, wtedy brytyjski rząd dokłada piętnaście procent uzbieranej kwoty. Ania wybrała drugą opcję. Założyła stronę internetową (www.ania-lichota.info – przyp.red.) i czekała na wpłaty. Na prośbę Unicefu spotkała się też z grupą wolontariuszy, którzy jechali do Machu Picchu i opowiedziała im o swoich doświadczeniach z tej podróży. Stała się nagle źródłem informacji, dzieliła się tym, co wie i przeżyła, by doświadczenia innych ludzi były jak najpełniejsze. I zebrała około trzech tysięcy funtów.

Aconcagua
Trzecia wyprawa na Aconcaguę w Ameryce Południowej była testem radzenia sobie z wysokością. Gdyby go nie zdała, nie wybierałaby się teraz na Mount Everest. Nauczona doświadczeniem Elbrusa, oddawała się grupie. Na czterech i pół tysiącach metrów uczyła tanga i polki, co oddała z siebie, dostawała z powrotem. Z pierwszego obozu na 4500 tysiącach metrów, do kolejnego, niosła swój bagaż. Przez całą drogę szedł za nią Dave. – Dasz radę, powtarzał niemal bez przerwy. Obcy facet, który pomógł mi ogromnie. Po drodze jeden z chłopaków zrezygnował, bolała go głowa. Na takiej wysokości, kiedy zaczynasz się bardzo źle czuć, dalsza droga nie ma sensu, może skończyć się śmiercią z powodu odmy płuc i mózgu.
Na sześciu tysiącach dopadła ich burza piaskowa. Siedzieli w namiotach, zastanawiając się, czy ich nie zwieje. Myśleli, żeby spróbować wejść, jednak przewodnik nakazał im powrót. – Wola góry jest nieubłagana, giną ci, którzy nie chcą się jej poddać. Wierzyliśmy jednak, że pozwoli nam wejść. Został nam jeden dzień.
Najtrudniejszy moment na Aconcagule to 250 metrów niemal pionowej, połamanej skały, przez którą idzie się na szczyt. Pułapka o kobiecej, renesansowej nazwie Canaleta. – Moje skostniałe dłonie, pomocnik przewodnika włożył sobie pod pachy, najcieplejszy zakątek ludzkiego ciała. Potem podarował mi rozgrzewające ręce saszetki. Rozmawiamy. Okazuje się być chłopakiem kucharki, której w pierwszym obozie podarowałam jakiś drobiazg. Idziemy dalej, a ja myślę o Canalecie, nie chcę, by mnie zaskoczyła, będzie ostro w górę. Uśmierca najwięcej ludzi, idą bowiem jej środkiem, wzbudzając lawiny kamieni. Dochodzimy do Wietrznej Ścieżki. Ludzie zatrzymali się pod jakąś skalną półką, zrzucam tam tylko plecak i idę dalej. Po jakimś czasie zaczynam się niecierpliwić. Gdzie jest te cholerne 250 metrów? – pytam przewodnika. A on mi mówi, że przecież Canaleta już za nami. Tak intensywnie myślałam o jej pokonaniu, że nie zauważyłam, kiedy to zrobiłam. Zaczęłam się śmiać, nie wierzyłam mu. Przecież miało być trudno, ciężko, a on mówi: tu jest szczyt, kobieto. Dziesięć metrów i jestem prawie na siedmiu tysiącach! Wyciągam koszulkę Unicefu.
Nie pamięta, kiedy weszła w śpiwór. Obudziła się po czternastu godzinach, tak jak stała: w butach, ubraniu, zaplątana w gogle. W Mendozie ucztowanie. Chłopak, którego nikt nie lubił, wygłasza mowę. Po raz pierwszy w życiu doświadczył bezinteresownej życzliwości. Nie wiedział, że tyle można od ludzi dostać. Był chory, na szczyt został niemal wciągnięty. Nie udałoby mu się, gdyby nie grupa.
– Z Mendozy lecę do Meksyku, prosto do pracy, bo mamy tam projekt. Kolega miał przywieźć mi rzeczy, tymczasem gubi bagaż. Jest wieczór, sklepy są pozamykane. Piorę spodnie i bluzkę, czyszczę buty, w których właziłam na Aconcaguę i tak idę do biura. Wszyscy się śmieją, wypytują o wyprawę, buduje się totalnie wyluzowany nastrój, który trudno stworzyć, kiedy przyjeżdża się z głównej siedziby firmy, bo ludzie na ogół są bardzo spięci i trudno ich stres opanować. To był najlepszy projekt, nad którym pracowałam, może dlatego, że rodził się w cieniu wielkiej góry.
CDN.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
avatarReporter: Aniu niech się ziszczą Twoje marzenia.Zyje się raz i to z klasą.O tyle jest to interesujące ponieważ reprezentujesz "naszą płeć piękną".
odpowiedz
 ~Ania Lichota: Dziekuje serdecznie
odpowiedz
 ~Kinga: a kiedy bedziesz w Zakopcu,Giewont też czeka na zdobywców............
odpowiedz
Omnibus: Aniu podziel się Swoimi marzeniami gdyż tak naprawdę to ich nie odkrywasz.Jakie piękno widzisz w górach,w obłokach, których tak nikt nie zobaczy poza nielicznymi i Tobą.
odpowiedz
 ~na Giewoncie : jest zardzewiały krzyż z innej epoki,a na Mt Everescie,zamarźnięta kupa Sir Hilarego i jego caddiego
odpowiedz
 ~caddie: już jestem z jolą
odpowiedz
avatarReporter: Słuchajcie moi mili, ale ww. dwie sztuki postów na forum, to nie odpowiedź himalaistki Anny, ale zwyczajnych głupków. Niech wam tak zostanie, abyście doświadczyli "siły słowa".
odpowiedz
 ~jola: caddie,ja też z Tobą w "sile slowa".......
odpowiedz
avatarReporter: Głupich nie sieją i nie orzą,jakos sami wyrastają.Głupota nie boli.
odpowiedz
 ~Reporterka i Publicysta: mamy już caddiego ,możemy iśc na Giewont obstukac rdzę z krzyża.Caddie bedzie niósł nam m,,,,,młotki...a późnieh ho.ho.Ania też będzie ze swoim caddiem i sobie powdychamy dobre rozżedzone powietrze od którego rdzewieje krzyż "góralski".Datki UNICEFu pójdą na pomoc potrzebującym dzieciom.Wszyscy już zapomieli,że UNICEF w Polsce sprzeniewierzył fundusze i biuro UNICEFu zostało w Polsce formalnie zamknięte....sprawa uschła,a tu Ania zbiera na nich,no chyba nie na UNICEF w Polsce....
odpowiedz
 ~Aniu Lichota: licha to sprawa z tymi pieniędzmi.....
odpowiedz
 ~Giewont: proszę się tu nie całowac...Francuzi zastanawiają się nad zakazem całowania, który miałby uchronić ich od niebezpieczeństwa świńskiej grypy.
odpowiedz
avatarReporter: Co to za łobuzy czepili się Ani Lichota.Insynuacje,Ani odpowiedz tym którzy d... nie wystawiają jak jest chłód a d... obrabiają bo im tylko to zostało.
odpowiedz
 ~Bank: wspomaga Bank,taka jest sztuka ekonomii kapitalistycznej....Moskwa,Londyn,Warszawa....może jeszcze Pekin i Dallas.Kiedyś to wszystko padnie.Dlatego bankierzy,jak Ania Lichota wspinają sie na "Giewonty",tam bliżej do Pana Boga...i może im przebaczy,albo i nie.Jezus siedział na górze i widział diabla.....
odpowiedz
 ~Diabeł: a Jezus ciagle tam siedzi,znam też Anię Lichotę podpisała już cyrograf....
odpowiedz
avatarReporter: W.w 2 forumowiczów: czy uprawiacie jakiegoś rodzaju sporty ? Pochwalcie się ? Założę się ,że żadnych i stąd ten wstręt.Będziecie otyli,gnuśni jak dotychczas.
odpowiedz
 ~jestem chudy: i uprawiam;kolarstwo,pływanie,nordic walking itd......a kolega:jeździ na nartach,gra w golfa i nawet ma swojego caddiego....
odpowiedz
avatarReporter: To mi przypomina żyda-cadyka.A co to caddi ?
odpowiedz
 ~Reprterko: w Polsce już od dwudziestu lat wszyscy ludzie wykształceni grają w golfa.Dobry golfista ma caddiego ,który nosi za nim kije w worku i zbiera piłki....tak samo alpinisci,każdy himalaista ma swojego caddiego ,który za nim niesie sprzęt.Czas już wyjśc z zaścianka i coś nie coś wiedziec o świecie....no i angola podszlifowac...słownik poczytac itd.itp....
odpowiedz
 ~caddie....jest smutny: no popatrzcie Polacy o mnie nie slyszeli...dziwny to naród,niby taki madry,a podstaw egzystencji nie znaja...i zupełnie nie interesują się światem ich otaczającym.Za złe mają innym,że nic o Polsce nie wiedzą,a sami mają zero wiadomości ...i co dziwne,nie mają zamiaru się uczyc!!!!!
odpowiedz
avatarReporter: Miał sługa lokaja a wy będziecie mieli "garba" gwarantuje .To język sług bo "na pokoje Was nie wpuszczą" na 110%.W UE chodzą jeszce inne języki np:niemiecki ,francuski.Wam przypadło to z konieczności a zatem niejako z musu .Uczcie się uczcie ,każdy co tam chce ale się nie kłóćcie jak dzieci jak również nie zabijajcie jak pospolici bandyci.A b.wojaków "ręce świerzbią z przyzwyczajenia".Diagnoza z obserwacji 2 m-nej Forum.2 komentatorów Publicysta i Reporter.
odpowiedz
 ~francuski,niemiecki: jedni jedzą żaby i ślimaki,drudzy golonkę z kwaszona kapusta,jak polacy...gdzie im tam do golfa....droga jeszcze daleka,nawet alpinistami są słabymi...Ale,ale...mieliśmy przecież sukces golfowy.Najleszy golfista swiata zwn.TIGER taki mały skromny chłopak murzyński z Kaliforni miał girlfriend ,POLKĘ...ale ,jak to mamusie,mamusia murzynka ja przegoniła i znowu chłopak musiał miec tylko caddiego.....Polacy to dobrzy sportowcy,nie tylko piłka nożna się liczy.Nawet graja w siatkówke i kosza z sukcesami...no bez caddiego!!!
odpowiedz
 ~Mistrzostwo Europy: w siatkówkę męską ,to duża sprawa.To jak wejśc na Mt.Everest z Anią i jej caddiem,ciekawe czy on się do Ani zaleca w czasie postoju-spania na ścianie w zwisie...
odpowiedz
 ~Żyd-cadyk: I tak właśnie było w każdym miasteczku,tak było w niemal w całej Polsce od tysiaca lat zamieszkałej przez Żydów.Miasteczko Sztejtł. Prawdziwa ojczyzna żydowskich rzemieślników,kupców i artystów.Tu w każdy piątek kobiety nosiły garnki z czulenem do wygrzanego pieca u zprzyjaznionego piekarza,tu specjalnie wyszkoleni rzezacy dokonywali koszernego uboju bydła i drobiu zapewniajac swym klientom rytualne i fizycznie zdrowe i czyste mięso z ubitych jednym cięciem ostrego noża,dopuszczonych przez religię zwierząt.Tu za każdym nowiem księżyca witano nadejście nowego miesiąca a te układały sie w lata,w dziesiatki,w setki lat!!!Shalom Alehem...
odpowiedz
 ~Cadyk fajny gośc: znałem jednego co widział wszystko,umarł 6oo lat temu w Lublinie,do tej pory Żydzi z całego świata do niego pilgrzymują.Pochowany jest na Kirkucie koło Zamku.Łatwo do niego trafic....Polacy przejęli tradycję pielgrzymek od Żydow i też teraz lubią sobie powędrowac "religijnie"...
odpowiedz
 ~Słynna Jesziwa lubelska: zwrócona Żydom lubelskim,od bieżacego roku będu tu kursy rabinackie oraz historii i kultury Żydów polskich dla studentow z calego świata.Taki teraz Sztejtł Lublin....
odpowiedz
 ~Reporterka miała nosa z tym Cadykiem: "Toda Adona"-dziekuję Pani...to tak jak wejśc z Anią Lichotą na szczyt Mt.Everest bez caddiego...
odpowiedz
avatarReporter: Ani żony ani dziecka,ani misji to stwory z innej planety.
odpowiedz
 ~Korona Miss Ziemii: 23-letnia Izabela Wilczek, Miss Ziemi Pabianickiej i I Wicemiss Polonia woj. łódzkiego 2007 będzie reprezentować Polskę w konkursie Miss Earth (Miss Ziemi) 2009, który odbędzie się 22 listopada w Boracay na Filipinach. Wystartuje 90 dziewczyn.Trzymamy kciuki...
odpowiedz
Omnibus: Tu komentuje się o Ani Lichota -himalaistce.
odpowiedz
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
UKIP za wprowadzeniem zakazu noszenia burki i nikabu (godz. 16:09)
~terepsegway:

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:30)
~Marta Leon:  ŁAŁ!! To jest najwspanialsza rzecz, jakiej kiedykolwiek doświadczy

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 22:00)
~Doretta: O MÓJ BOŻE!!! To z pewnością szokujące i prawdziwe świadectwo

Chelsea dostała zgodę na modernizację stadionu (godz. 09:32)
~Emil: Dobra wiadomość

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:41)
~Jana Alois:  Nie chciałem rozwodu, ponieważ bardzo kocham mojego męża i nie ch

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.