prl cooltura
       
Poniedziałek, 06.07.2020 Dominiki, Jaropełka, Łucji
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Patrzę na świat pozytywnie
Maria Saryusz-Zaleska
Patrzę na świat pozytywnie

PAULINA GOTFRYD


ostatnia aktualizacja: 2009/06/28 06:08

– Mogłam nie zdecydować się na niewolę, ale postanowiłam pójść ze względów koleżeńskich. Dużo osób nie poszło i zostało w Warszawie. To był wybór, jakiego się dokonywało. Pewna konsekwencja. Nie miałam wątpliwości. Zupełnie. Jeszcze przed samym wyjściem odnalazłam rodziców i pożegnałam się z nimi.


To było trudne dla nich i dla mnie też – pewien obowiązek w stosunku do rodziców również istnieje, prawda? Nie byli ani chorzy ani starzy, więc postanowiłam wyjść. Oni biedni zostali. A ja miałam przygodę przed sobą.
„Przygoda” pani Marii Saryusz-Zaleskiej rozpoczęła się wiele lat wcześniej. W czasie okupacji, kiedy pani Maria przyłączyła się do konspiracji.
– Miałam różne zadania, ale moim głównym obowiązkiem była łączność. Ponieważ nie było e-maila, telefony były podsłuchiwane, wiadomości trzeba było przesyłać przez ludzi. I za tę łączność odpowiadały głównie młode dziewczyny – opowiada pani Maria.

Uratowana przez muzykę
– Pamiętam jeden taki epizod, który był dla mnie bardzo niebezpieczny. Jak pani pewnie wiadomo, w czasie okupacji była godzina policyjna, ustalana w zależność od tego, co według Niemców Polacy nabroili. Jeżeli coś poważniejszego, powiedzmy sabotaż, to ta godzina zostawała przesunięta do tyłu. Jeśli kogoś znaleźli na ulicy po godzinie policyjnej brali do więzienia, przesłuchiwali i wypuszczali. Albo nie. Mogli też wywieźć na przymusowe roboty lub rozstrzelać. Więc trzeba było bardzo się pilnować. W dniu, który wspominam, byłam na ważnym zebraniu. Moim zadaniem był odbiór maszyny do wyrabiania dokumentów dla tzw. „spalonych” – ludzi, którzy musieli zmienić nazwisko i miejsce zamieszkania, bo byli poszukiwani przez Niemców. Kenkarty wyrabiało się na różne nazwiska – ważne, żeby dane należały do osoby, która istniała a której już nie ma.
Spotkanie przeciągnęło się i skończyliśmy 15 minut przed godziną policyjną. Miałam daleko do domu, ale liczyłam, że złapię tramwaj. Ponieważ żadnego tramwaju nie było, szłam dosyć szybko. Pusto było zupełnie, nikogo na ulicy. W pewnym momencie słyszę, że za mną jedzie samochód. Powoli, tak jak szłam. Myślę sobie – nie jest dobrze. Ale idę. W pewnym momencie samochód wyprzedził mnie i zatrzymał się. Z samochodu wyszedł Niemiec – wspomina pani Maria. Okupant był zaskoczony obecnością młodej dziewczyny na ulicy po godzinie policyjnej. – Powiedziałam mu, co było zgodne z prawdą, że pracuję jako kelnerka w kawiarni Woytowicza, gdzie były koncerty muzyki poważnej. Zapytał się co mam w teczce.  W takiej sytuacji myśli idą szalenie szybko. Mam nuty – odpowiedziałam. „Dlaczego nuty?” – drążył dalej. – Zaczęłam opowiadać o tej kawiarni i o koncertach. Zresztą sama grałam na pianinie i byłam obeznana z tematem. Okazało się, że ten Niemiec bardzo lubi muzykę. I zaczęliśmy rozmawiać nie o tym, co jest w tej teczce, tylko o muzyce. Ale cały czas myślę sobie – Boże Święty, co dalej? W końcu nadejdzie moment, kiedy będę musiała otworzyć teczkę. Nagle słyszę, że jedzie spóźniony tramwaj. Jak kierowca zobaczył Niemca rozmawiającego z młodą dziewczyną, to wiedział, że jest niedobrze. I zaczął zwalniać. Jak to zobaczyłam rzuciłam się biegiem do tego tramwaju. Wskoczyłam i tramwaj ruszył, szybko zostawiając oszołomionego Niemca na ulicy. Bałam się, że wsiądzie w samochód i nas dogoni. Tymczasem został. Obejrzałam się do tylu i zobaczyłam sylwetkę stojącą na chodniku. Wtedy już wiedziałam, że jest dobrze. A do tramwajarza tylko tak pokazałam (pani Maria unosi kciuk w górę) i on już wiedział, o co chodzi – z uśmiechem dodaje.

Kawa, kasyno, rewolwer

– Myśmy ciągle ryzykowali. Pracowałam również jako kelnerka w kawiarni Fuks na Mokotowskiej. Kawiarnia słynęła ze wspaniałej kawy i jednocześnie była punktem kontaktowym dla konspiracji. Byłam tam łączniczką pomiędzy osobami, które chciały mieć ze sobą kontakt. Przeze mnie. Ja znałam obie strony, ale oni się nie znali. Oczywiście do Fuksa przychodzili także Niemcy, ale tam gdzie byli obecni Niemcy, było stosunkowo najbezpieczniej. Nie przypuszczali, że możemy być tak bezczelni. Pamiętam sytuację, jak jednemu z moich kolegów wypadł rewolwer z kieszeni płaszcza.  Podeszłam bardzo powoli i stanęłam nogą na ten pistolet i spokojnie przesunęłam go po ziemi, pod płaszcz w szatni. Na szczęście nikt tego nie zauważył. Łącznie z tym, co zgubił – ze śmiechem wspomina pani Maria. Inna historia – napad na warszawskie kasyno. – Częściowo brałam w tym udział. Miałam obstawę i broń. W razie gdyby trzeba było strzelać. Niestety akcja się nie udała. Z głupiej przyczyny. Jeden z moich kolegów, który brał bardzo czynny udział w napadzie, włożył pistolet do kieszeni płaszcza. Szatniarz to zauważył i zaalarmował wszystkich. Tylko tyle, że ten mój kolega uszedł cało. Ale akcja nie udała się zupełnie – wspomina pani Maria. – To były bardzo groźne momenty i człowiek musiał myśleć naprzód. Poza tym liczyło się szczęście. Albo się je miało, albo nie. Taka rzecz – znalezienie kogoś z bronią. To koniec. Żeby tylko rozstrzelanie, ale najpierw męczyli i to było najgroźniejsze. Nigdy nie było wiadomo, czy ta osoba się załamie czy nie. Wśród koleżanek i kolegów dużo było aresztowanych. Dlatego też często musiałam zmieniać mieszkania. Na jakiś czas. Jeżeli nie było poszukiwań, to można było wrócić. Wszystko zależało od tego, kogo z kolegów i koleżanek aresztowali i co oni mogli powiedzieć. Myśmy właściwie bardzo mało wiedzieli. I bardzo dobrze. Bo im więcej się wiedziało, tym więcej można było wygadać – opowiada pani Maria.

Drugi dom na lewo
– Powstanie zastało mnie w domu na Śniadeckich. Politechnika była zajęta przez Niemców także wyszłam z domu dopiero po 10 dniach. Szłam domami, żeby uniknąć przechodzenia przez ulice. W ten sposób doszłam do Alei Ujazdowskich i wiedziałam, że muszę przejść, bo mój oddział jest po drugiej stronie. Powstańcy pilnowali, aby przy przeskakiwaniu przez aleje wejść do odpowiedniego domu. Trzeba było wiedzieć, w którym domu są Niemcy, a w którym Polacy. Ten przeskok przez aleje, gdzie Niemcy strzelali z wysoka, jak do kaczek, to było jedno z niebezpieczniejszych przejść, które przeżyłam w trakcie powstania. Na szczęście był półmrok i był chłopak, który mi podpowiedział gdzie biec. Pamiętaj dwa domy w lewo. Nie w prawo, bo wpadniesz na Niemców – tak mi powiedział. Łatwo było mówić! Przecież wszystko działo się szalenie szybko. Ale przebiegłam i jak pani widzi, jestem cała. Za mną poleciała następna dziewczyna i ją zastrzelili. To było szczęście, że przeżyłam. Tak samo mogli mnie zastrzelić – wspomina pani Maria.

Pożegnanie z Warszawą
Po udanym przeskoku przez aleje nasza bohaterka dołączyła do swojego oddziału i tam już pozostała do końca walk.
– W czasie powstania miałam skarb – rewolwer. Mało było broni, więc jak mój dowódca mi ją dał, to myślałam, że go zacałuję (śmiech). Miałam pistolet i granat. Nigdy nie użyłam żadnego z nich. Ale miałam. W razie gdyby mnie złapali, to bym na sobie użyła. Umiałam strzelać, ale bardzo dobrze, że nie było okazji. Pamiętam moment jak wychodziliśmy z Warszawy, całym oddziałem i był punkt, gdzie oddawało się broń. Jakie to dla mnie było przeżycie, że ja się tego pistoletu pozbywam. Do dziś słyszę ten dźwięk – szelest uderzenia broni o broń – wspomina pani Maria.
63 dni powstania, kapitulacja Warszawy i wywóz do Niemiec.
– Moja grupa była w pięciu obozach, ostatni to był Oberlangen. W niewoli, jak to w niewoli. Wiadomo było, że luksusów nie będzie. Warunki mieszkaniowe były złe, trudno się było umyć, chodziłyśmy bardzo głodne i straszne były te poranne apele – długo się stało na zewnątrz, a zima była bardzo ostra. Ale człowiek jest zwierzęciem i adaptuje się do każdych warunków. Nic nie pomoże, jak będzie na to źle patrzył i miał zły humor. Akurat miałam przyjemny zestaw koleżanek i miło spędzałyśmy czas. Choć to brzmi dziwnie. Gdyby pani rozmawiała z kimś innym o tym obozie, to mógłby pani przedstawić zupełnie inny obraz, bo to szalenie zależało od nastawienia – wspomina pani Maria.
Całą okupację miała pani takie optymistyczne podejście do życia?
– Tak, ja po prostu patrzę na świat pozytywnie. Nie lubię ludzi, którzy narzekają i sama wobec tego nie narzekam, bo też by mnie nikt nie lubił – dodaje z uśmiechem pani Maria.


Maria Saryusz-Zaleska (z domu Żółtowska), urodzona 3 września 1919 roku w Wilnie. W czasie powstania warszawskiego pełniła rolę łączniczki w Batalionie Chrobry II. Pseudonim Mariola Świderska. Po kapitulacji Warszawy, jako kobieta-żołnierz, przeszła przez pięć obozów jenieckich. Wyzwolona przez wojska polskie w kwietniu 1945 roku w Oberlangen. Mieszka w Londynie od 1947 roku.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 11:28)
~Nina Darko:  Jestem bardzo zaskoczony cudownymi doświadczeniami i cudami dr Isiko

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 08:50)
~Ana Leandro:  Skuteczne zaklęcie miłosne, aby odzyskać swojego byłego kochanka:

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:28)
~Jelena Juraj:  Co mogę powiedzieć, jestem zastrzelony ze słów, gdyby nie d

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:46)
~Renata Tijana:  Czuję się dzisiaj tak radosna dzięki pomocy, jaką DR ISIKOLO udzi

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 11:59)
~Ana Dario:  Nazywam się Ana Dario. Chciałbym podziękować mężczyźnie, kt&oa

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.