prl cooltura
       
Niedziela, 29.03.2020 Marka, Wiktoryny, Zenona
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
I to człowiek przeżył jakoś
Andrzej Sławiński
I to człowiek przeżył jakoś

Paulina Gotfryd


ostatnia aktualizacja: 2009/06/21 14:00

- W dniu powstania na tzw. zgrupowaniu, okazało się, że tylko, co czwarty, piąty ma broń, więc ci, co ją dostali poszli walczyć, a ci, co nie, siedzieli z nadzieją, że broń będzie zdobyta. Jako jeden z najmłodszych nie miałem broni. Dopiero później przy barykadzie byłem uzbrojony. Po kilku dniach powstania wytworzyła się wojna pozycyjna, myśmy siedzieli i bronili się, a bardzo rzadko były jakieś ataki. Bo przecież powstanie miało trwać tylko 3 dni, a trwało 63.



- Na barykadzie wolno było strzelać, tylko pod warunkiem, że trafi się w Niemca. Takie były rozkazy – było bardzo mało amunicji. Proszę sobie wyobrazić, ja siedzę z pistoletem, a tu przyjeżdża czołg i strzela z armaty i co ja mogę zrobić?! Albo samolot zrzuca bomby albo rakiety strzelają. Trzeba było stać na posterunku i mieć nadzieję, że jakoś człowiekowi uda się obronić przed tym. A wszystko, dookoła nas, powoli waliło się i paliło. Musieliśmy już skończyć, dlatego, że nie tylko nie mieliśmy dosyć broni i amunicji, ale nie mieliśmy, co jeść. Zjedliśmy najpierw wszystkie konie, potem wszystkie psy i koty, potem już nie było nic. I to człowiek przeżył jakoś. Na nieszczęście wielu moich kolegów zginęło – wspomina pan Andrzej Sławiński.

Śmierć na barykadzie
Kilka lat wcześniej. W wieku 13 lat pan Andrzej wstępuje do konspiracyjnego harcerstwa tzw. Szarych Szeregów, a po osiągnięciu piętnastego roku życia do grupy Szarych Szeregów Bojowa Szkoła, której celem było przeszkolenie wojskowe i czynna służba w tzw. małym sabotażu. Bojowa Szkoła to był pluton harcerski Armii Krajowej, który w powstaniu został przydzielony do grupy AK Warszawa – Śródmieście Północ, zgrupowanie Bartkiewicza. – Jeden dzień zapamiętałem najbardziej – nie przez jakieś bohaterskie wyczyny, tylko po prostu bardzo osobiście go przeżyłem. Byłem w zgrupowaniu Bartkiewicza, którego zadaniem, w pierwszym dniu powstania, było zajęcie kluczowego obiektu – niemieckiego urzędu pracy (Arbeitsamt). I myśmy go zdobyli. W tymże budynku, w jakimś pierwszym tygodniu walk, ja i jeszcze dwóch kolegów, mieliśmy wartę przy barykadzie. W tym dniu, o którym mówię, byłem bardzo szczęśliwy, bo po raz pierwszy dostałem pistolet maszynowy. Myślę sobie – Ah, żeby tak zaatakowali, to bym dopiero im dał! Ale jakoś tym razem nie zaatakowali – opowiada pan Andrzej. Natomiast stało się coś innego. Nagle pojawiło się trzech umundurowanych żołnierzy AK, filmowców z kwatery głównej, których zadaniem było filmowanie polskich i niemieckich pozycji. – Mówimy im, tylko uważajcie, nie wychylajcie się, bo tu Niemcy mają strzelców wyborowych. A oni na to, że wiedzą, co robią i zaczynają filmować. W pewnym momencie usłyszeliśmy strzał i jeden z nich upadł. Został postrzelony w brzuch i strasznie krzyczał. Ale tak strasznie, że ten krzyk do dzisiaj słyszę w moich uszach – wspomina pan Andrzej. 

Bombardowanie i pożar
Wkrótce po tym wydarzeniu pan Andrzej został zwolniony z warty i zdecydował się odwiedzić swoich kolegów, którzy mieli kwatery we wschodnim skrzydle budynku. Szedł po schodach, kiedy nagle usłyszał straszliwy huk i glos syreny. – Ogromny wybuch rzucił mną o ścianę. Nade mną było okno, które rozbiło się całkowicie. Na szczęście miałem czapkę z daszkiem i nie pocięło mi twarzy. Okazało się, że naszą pozycję zaatakował niemiecki samolot nurkowiec, który rzucił bombę na zachodnie skrzydło. Było wielu zabitych – opowiada pan Andrzej. Po ataku niemieckiego bombowca żołnierze zaopatrzeni jedynie w łopaty zaczęli wydobywać ciała swoich zmarłych kolegów. Aż do wieczora. Jednak dzień się jeszcze nie skończył. – Myślałem, że już wystarczy wrażeń, prawda? I z wielką ulga położyłem się spać. Już prawie zasypiałem, gdy nagle ktoś mnie łapie i mówi – Wstawać wszyscy do barykady! Jesteśmy atakowani. Niemcy zaatakowali nas w nocy, co się bardzo rzadko zdarzało. Zaczęli strzelać w naszą nieszczęsna barykadę, która w większości była zrobiona z drewnianych mebli biurowych. Oczywiście zapaliło się wszystko. I ja dostaję rozkaz, żeby wejść na czubek barykady i ją gasić. Byłem prawie nieprzytomny ze snu i nie widziałem, co robię. A to przecież było samobójstwo. Nie wiem jak to się stało, że ja to przeżyłem, ale jakoś zgasiliśmy ten ogień. Przestali strzelać, poszedłem dalej spać. Z myślą, jak będzie wyglądać następny dzień – wspomina pan Andrzej.



Zimno, głód i nuda
Kolejne dni powstania to obrona pozycji i wielki głód. Aż do kapitulacji Warszawy. – Strasznie nieprzygotowani byliśmy na tę niewolę. Trafiliśmy do niej, tak jak żeśmy poszli do powstania – w jednym ubraniu i nic więcej. Nasza grupa trafiła do obozu, który miał być największym obozem jeńców wojennych w Europie  - to był Lamsdorf, obecnie Łambinowice. Zimno, głód i nuda. W pierwszych dwóch miesiącach byliśmy w obozach, gdzie nie było pracy. Większość ludzi spędzała czas siedząc i leżąc na pryczach. A nie były wygodne, tylko gołe deski. Na początku najtrudniejsze było spanie – byliśmy bardzo stłoczeni. I wszyscy woleli spać na boku niż na plecach. Dlatego trzeba było zrobić tak – wszyscy kładą się na lewą stronę i śpią. Jeden dyżurny nie śpi i woła – „Uwaga! Przekręcamy się na prawą stronę”. I tak, co godzinę. Aby nie zdrętwieć – opowiada pan Andrzej. Do codziennej niewygody, dochodził niebywały głód. – Dawali nam mały talerz bardzo wodnistej zupy, a do tego trzy kartofle w łupinkach. Potem była jeszcze kromka chleba z kawałkiem margaryny. To wszystko razem dostawaliśmy w południe, pomiędzy 12 a 13. Nie ma pani pojęcia, jakie to jest okropne uczucie, jak się wie, że następne jedzenie przyjdzie dopiero za 24 godziny – wspomina pan Andrzej.

Tułaczka
Po Lamsdorf był obóz w Mühlberg, a później komenderówka pracy w Neu-Sörnewitz. Znowu głód i tym razem bardzo ciężka praca w fabryce. Aż do wyzwolenia. – W połowie kwietnia 1945 roku dostaliśmy rozkaz do ewakuacji. I szliśmy tak pod eskortą, raz w jedną raz w drugą stronę w zależności, z której strony była mniej głośna artyleria. Nasza ewakuacja trwała trzy tygodnie. Przez trzy tygodnie nie mieliśmy szansy zdjąć z siebie ubrania, ani porządnie się umyć. Byliśmy cali pokryci wszami. No i oczywiście z jedzeniem była krytyczna sytuacja – opowiada pan Andrzej. Dramatyczny marsz przerwało spotkanie z wojskami sowieckimi. Koniec wojny, dla polskich żołnierzy nie oznaczał jednak bezpieczeństwa. – NKWD wzięło nas na przesłuchanie. Powiedzieliśmy, że jesteśmy polskimi jeńcami z powstania. Nakazali nam zostać na miejscu i czekać na zorganizowane transporty do Polski. Uznaliśmy, że nie mamy, na co czekać. Lepiej zejść z ich pola widzenia jak najszybciej – opowiada pan Andrzej. Z czterdziestu mężczyzn, dwudziestu zdecydowało się wrócić do Polski na własną rękę. – To były takie warszawskie urwisy. I co oni zrobili? Zrabowali traktory z przyczepami od niemieckich chłopów, naładowali, co mogli, wsiedli i pojechali do Polski. Nie wiem, co się z nimi stało – wspomina ze śmiechem pan Andrzej. – Tymczasem nasza grupka dwudziestu zdecydowała się przedostać do Amerykanów – dodaje. Żołnierze szli pieszo, co chwilę napotykając na sowieckie oddziały. – Ciągle nas zatrzymywali i pytali się, „Co wy za jedni? Polacy – odpowiadaliśmy. Co Polacy? A jeńcy! A gdzie idziecie? Do Polski. A to idźcie.” Żaden z sowietów nie wiedział gdzie jest wschód, a gdzie zachód. Myśmy szli prościutko na zachód, a mówiliśmy, że idziemy do Polski – opowiada pan Andrzej. Nikt się nie zorientował, w jakim kierunku zmierzają żołnierze – grupa szczęśliwie dotarła do amerykańskiej strefy okupacyjnej. – Napotkaliśmy na czołg i żołnierzy z karabinami. Mogliśmy się komunikować tylko po niemiecku. I tam był jeden Amerykanin, który znał ten język. I on się nas pyta „Co wy za jedni? Polacy. To dlaczego tu idziecie? Polska jest w innym kierunku” – wspomina pan Andrzej.
– Dlaczego nie zdecydował się pan wrócić do Polski? – Jeśli ktoś był przygotowany sprzedać się całkowicie sowietom to może miał jakieś szanse w Polsce, a ci, którzy tego nie zrobili mogli być przygotowani na to, że trafią do więzienia albo zostaną wywiezieni. Dlatego zdecydowaliśmy się na emigrację. Jak wyszedłem z domu w powstanie, 1 sierpnia, to przez następne pięć lat spałem bez prześcieradła, bez poszewki na poduszki i na koc czy kołdrę. Pięć lat w obozach. Dopiero po pięciu latach jak przyjechałem do Londynu i wynająłem pokój z kolegą, to po raz pierwszy, po pięciu latach spałem na prześcieradle.


Andrzej Sławiński urodzony 29 listopada w 1928 roku w Warszawie. W Powstaniu Warszawskim przydzielony do grupy AK Warszawa – Śródmieście Północ, zgrupowanie Bartkiewicza. Pseudonim Włodek. Od 1949 w Londynie. Doktor chemii. Członek zarządu Koła b. Żołnierzy AK i od 15 lat przewodniczący Zarządu Funduszu Inwalidów AK.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
 ~Chylimy...: ...przed Panem z AK,nasze glowy.Moj dziadek tez byl w Afrika Korps.To Pana przeniesli do Warschau Stadt?Ciekawa historia opowiem dziadkowi....Dziadek tez wyladowal w Anglii,pewnie sie znacie???
odpowiedz
 ~Panie Andrzeju,: moj dziadek Uwe,oberstrupfurer z AK,pamieta Pana,on tez walczyl w Warschau Powstanie,tez go tam przeniesli,bo nie lubil tej Libii i Anglikow.W Polen to bylo dobrze,ladne dziewczyny i tani sznaps!!!
odpowiedz
 ~Wielka Wojna Ojczyzniana: ...hej,hej,hej Czapajew gieroj,za rodinu za Stalina ,na boj,na boj,na boj...piekna piesn naszch chlopcow gdy wprowadzali wladze radzicka w Polsze....
odpowiedz
 ~Powstanie Warszawskie w Gecie,: Josele by pierwszy w sztabie na Mila 18,trudno bylo dogadac sie z AK,ale chlopcy z Afrika Korps,Uwe i Andrzej pomogli znalesc dwa steny...no i walczylismy do upadlego.Warszawa wtedy miala wesole miasteczko z murami geta i muzyka grala na caly glos,wesolo im i nam bylo z ta karuzela.Josele przesyla pozdrowienia dla Andrew i Uwe w Londynie!!!
odpowiedz
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:30)
~Marta Leon:  ŁAŁ!! To jest najwspanialsza rzecz, jakiej kiedykolwiek doświadczy

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 22:00)
~Doretta: O MÓJ BOŻE!!! To z pewnością szokujące i prawdziwe świadectwo

Chelsea dostała zgodę na modernizację stadionu (godz. 09:32)
~Emil: Dobra wiadomość

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:41)
~Jana Alois:  Nie chciałem rozwodu, ponieważ bardzo kocham mojego męża i nie ch

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 05:03)
~JEFF: Moja rodzina jest bardzo szczęśliwa, że ​​jesteśmy teraz razem

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.