prl cooltura
       
Sobota, 18.01.2020 Beatrycze, Małgorzaty, Piotra
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Przyszedł czas, by się zaangażować
Marzena Szejbal
Przyszedł czas, by się zaangażować

Paulina Gotfryd


ostatnia aktualizacja: 2009/06/09 14:00

– Mój ojciec działał w konspiracji, a nasze mieszkanie było kwaterą dla zebrań delegatów z prowincji. Ojciec uprzedził nas, że w naszym domu od czasu do czasu będą odbywać się spotkania i prosił, żebyśmy się nigdzie nie angażowały. Powiedział, że przyjdzie na nas czas.



Ja się posłuchałam – opowiada Marzena Szejbal – a moja siostra nie, bo miała sympatię, która ją wciągnęła do konspiracji. Siostra niby chodziła na randki, a w rzeczywistości czyściła broń dla powstańców. Ja byłam posłuszna. Ale 1 sierpnia, kiedy wybuchło powstanie, zaczęłam szukać miejsca, gdzie mogłabym się przyłączyć.

Strzelanina
W dniu wybuchu powstania warszawskiego, 1 sierpnia 1944 roku, Marzena Szejbal wraz ze swoją siostrą Ewą, pojechały do grawera na ulicę Marszałkowską, aby przygotować dla siebie i swoich sympatii srebrne obrączki z wygrawerowaną datą wybuchu powstania. Na pamiątkę. Gdyby coś złego miało ich spotkać. Wróciły do domu dopiero po trzech dniach.
– Na Złotej była strzelanina, nie wiadomo było, co robić, uciekać czy chować się – było już wielkie zamieszanie. Ponieważ rozpoczęła się walka nie mogłyśmy swobodnie przemieszczać się. Dzisiaj już nawet nie pamiętam, gdzie i jak żeśmy spały. Pamiętam tylko fragmenty. Toczyła się wielka walka w budynku PAST-y. Strzelanina była ogromna, ale i wielka radość, gdy nasze oddziały AK zdobyły budynek zajmowany przez Niemców – opowiada pani Marzena.
Kiedy strzały ustały, siostry Szejbal ruszyły dalej. Przez Plac Piłsudskiego, na Długą do Placu Krasińskiego, aż do mieszkania na ulicy Franciszkańskiej.
– Od razu poszłyśmy szukać, gdzie można się zaangażować. Pamiętając o słowach taty, że jak przyjdzie czas, to możemy się wciągnąć. Przyłączyłyśmy się do batalionu Łukasińskiego. Angażowali wszystkich, którzy było gotowi do walki. Zresztą wszyscy byliśmy gotowi do walki! I zaciągnęłyśmy się. Na Długiej 9/11 była nasza kwatera. Od tamtej pory zostałam, aż do 2 września, kiedy padła Starówka.

Znaleźć siostrę, przedostać sięprzez tunel
Z powstania pani Marzena ma dwa wspomnienia. Odbiór siostry ze szpitala oraz ewakuację ze Starego Miasta do Śródmieścia.
– 13 sierpnia moja siostra została ranna i najpierw trafiła do szpitala Jana Bożego na ulicy Bonifraterskiej, a później została przeniesiona na ulicę Długą 7. Nasza kwatera była po drugiej stronie ulicy. Powiedziałam komendantowi, że Ewa jest w szpitalu, ale nie dam rady jej przenieść sama i czy ktoś może mi pomóc. Akurat tego dnia zgłosiło się do nas czterech Żydów, którzy uciekli z getta i chcieli przyłączyć się do walki. Dowódca powiedział, żeby poszli ze mną i przynieśli moją siostrę. W momencie, kiedy wchodziliśmy na dziedziniec usłyszeliśmy potworny huk. Zrobiło się szaro. Podbiegłam pod drzwi szpitala i zobaczyłam, że jestem cała we krwi. Myślałam, że nie żyję. Jak popatrzyłam na dziedziniec to widziałam kawałki nóg i rąk. Kawałki ludzkich ciał – wspomina pani Marzena. To wybuchł „Goliat”, który zabił wtedy ponad trzysta osób. – Utknęłam w tych drzwiach. I ktoś za mną powiedział, żebym weszła. Pomyślałam, że jednak żyję. I już nie pamiętam później jak to było, czy ja się kogoś pytałam czy sama szukałam, ale znalazłam siostrę. Z tego wszystkiego zapomniałam o moich towarzyszach, którzy mieli mi pomóc. Czy oni zginęli czy uciekli? Nie wiem. To były sekundy. Wzięłam siostrę na barana i tak powoli przeszłyśmy na kwaterę. A później były coraz większe walki, coraz więcej strat w ludziach, aż postanowiono o ewakuacji Starego Miasta do Śródmieścia. – Przyszedł do nas młody człowiek, że jest nowe przejście, małym kanałem i że może nas przeprowadzić. Szło nas 39 osób. Ustawialiśmy się na przemian – dziewczyna – chłopak. To był kanał 70 na 80 cm. Można było się tylko czołgać. W pewnym momencie stop, nie ruszamy się w ogóle. Ciemno. Przychodzi do nas z przodu informacja, że nie wiadomo, czy pójdziemy dalej. Cofnąć się nie możemy. Chłopcy wpadli w panikę. Zaczęli krzyczeć, że chcą wyjść, że oni wolą się zastrzelić niż tu umrzeć. My jakoś byłyśmy bardziej odważne, uspokajałyśmy naszych kolegów, że jak Niemcy nas usłyszą to nas zabiją. Modliłam się o jakikolwiek rezultat – wspomina pani Marzena.
Impas przerwał rozkaz, który nakazywał żołnierzom popychanie osoby „przed” na umówiony sygnał. W ten sposób, bardzo powoli, wszyscy mogli się przemieszczać. Później okazało się, że postój grupy spowodował zgon uczestnika z poprzedniej tury, który zmarł w kanale i zablokował przejście. Całkowita ciemność dodatkowo utrudniała poruszanie się.
– Już dochodząc do studzienek, wiedzieliśmy, że idziemy w dobrym kierunku. Jak zobaczyłam niebo i akowców czekających po drugiej stronie kanału, chciałam wyjść sama o własnych siłach. Nie pozwolili mi. Kazali założyć linki ze sznurów i wyciągnęli mnie na górę. I rzeczywiście zetknięcie ze świeżym powietrzem powodowało, że padaliśmy zemdleni. Kładli nas tak na ulicy, jeden obok drugiego, sznurkiem i tak powoli dochodziliśmy do siebie. Do kanału weszliśmy około godziny 19, a wyszliśmy o 12 w południe – opowiada pani Marzena.

Bez walki za kraj nie ma miłości
Po odpoczynku i opatrzeniu ran, powstałych podczas podróży kanałem, pani Marzena pomagała w zdobywaniu żywności dla rannych żołnierzy. Brakowało jej jednak ruchu, pragnęła robić coś więcej.
– Nie mogłam usiedzieć na miejscu. Dla mnie było nudno. Poszłam do dowódcy, że chcę pójść na drugą stronę Alei Jerozolimskich, do swojej sympatii. Nie chciał mnie początkowo puścić – było coraz więcej walk. Jakoś wyprosiłam, ale pod warunkiem, że odnajdę jego rannego przyjaciela, który leżał na Lwowskiej w szpitalu. I poszłam – wspomina pani Marzena. Przejście było niebezpieczne, po drugiej stronie, w banku, byli jeszcze Niemcy, którzy strzelali do każdego, kto tylko pojawił się na horyzoncie. Trzeba było wybierać momenty, żeby przejść. Pani Marzenie udało się przedostać przez Aleje i odnaleźć swoją sympatię.
– Byłam zdziwiona, że on tak po cywilnemu, w domu. Jego mama gotowała, stół był nakryty do obiadu, tak mnie to wszystko zdziwiło. Zapytałam się go czy jest na zwolnieniu. Ale on odpowiedział, że nie bierze udziału w powstaniu. No to mnie już odeszła sympatia – z uśmiechem dodaje pani Marzena. – Jak on jest takim mężczyzną, który nie zadbał o to, żeby walczyć o kraj, o to, żeby wyrzucać Niemców. Tylko taki maminsynek – sobie pomyślałam. Więc zostawiłam go. Chciał mnie zatrzymać, ale powiedziałam, że wracam na kwaterę. I wyszłam. Poszłam dalej odnaleźć przyjaciela mojego dowódcy. Odnalazłam go, był bardzo ciężko ranny, niedługo potem zmarł.

Modlitwa o bandaże
A Pani nie bała się?
– Zupełnie nie myślałam. Poza tym skaleczeniem w kanale, to nawet nie byłam draśnięta. Jak papuga, powtarzałam w myślach słowa: „Matko Najświętsza, Jezuńku kochany.” Prosiłam o szczęśliwy powrót, o znalezienie bandaży dla rannych. Ja przecież nie strzelałam – nie umiałam i nie chciałam nawet strzelać. Po prostu pomagałam zbierać rannych i opatrywać ich na poczekaniu. Wszyscy byliśmy młodzi i chcieliśmy walczyć.


Marzena Maria Szejbal

Urodzona 10 października 1924 roku we Włocławku. W czasie Powstania Warszawskiego pełniła rolę sanitariuszki i łączniczki w Batalionie „Łukasińskiego” (dzielnica: Stare Miasto, Śródmieście). Pseudonim „Marzena”. Od listopada 1946 roku mieszka w Londynie. Prezes Koła b. Żołnierzy AK. Bohaterka filmu dokumentalnego Paula Meyera „Konspiratorki. Polki w ruchu oporu 1939-1945”.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 18:44)
~Antonia Killian:  MOJE Imię to Antonia Kilian. Po 12 latach małżeństwa ja i m&oacut

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 18:35)
~Lucia Alexander:  MIŁOŚĆ CZARÓW DZIAŁA IDEALNIE I POZOSTAJE STAŁA NA ZAWSZE

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 16:22)
~martimarisa:  Chcę szybko powiedzieć światu, że istnieje prawdziwy rzucający z

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 05:11)
~Pamela Bucks:  udało mi się zdobyć męża z pomocą doktora zaklęć dr Ajayi, ki

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 05:51)
~Mara Damian:  Witam wszystkich, chcę zeznawać o wielkim i potężnym rzucającym

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.