prl cooltura
       
Sobota, 28.03.2020 Anieli, Kasrota, Soni
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Nasi na Wyspach: Marta z Shaolin
Nasi na Wyspach: Marta z Shaolin

Dariusz Zeller
ostatnia aktualizacja: 2008/09/16 05:55

–Kung-fu jest dla mnie stylem życia, myślenia, reagowania w różnych sytuacjach. Dzięki kung-fu odbyłam podróż przez pół świata, żeby spełnić swoje marzenie i tym samym udowodniłam sobie, że istnieją tylko te ograniczenia, które sami sobie narzucimy – mówi zamieszkała na Wyspach Brytyjskich, Marta Wiłuń, pierwsza Polka, która swoje umiejętności doskonaliła w legendarnym klasztorze Shaolin.

Jej historia pokazuje, iż są wśród nas tacy, dla których przyjazd na Wyspy Brytyjskie, to jedynie przystanek w drodze do osiągnięcia celów życiowych. Miejsce, w którym można pokonywać bariery i realizować nawet największe marzenia.

Nowe wyzwanie


Była już studentka informatyki na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, do Anglii przyjechała jeszcze przez poszerzeniem Unii Eropejskiej o nowe kraje członkowskie, w tym Polskę.
– W 2003 r. trafiłam na ofertę Concordii, organizacji oferującej studentom możliwość znalezienia czasowego zatrudnienia za granicą. Wzięłam urlop dziekański i w lutym 2004 opuściłam Polskę.

Bardzo spodobało mi się tutejsze życie i zaczęłam myśleć o pozostaniu tu na stałe. W maju Polska weszła do UE i przedłużenie pobytu przestało być problemem. Wzięłam drugą dziekankę i tak minął kolejny rok, po którym ostatecznie stwierdziłam, że zostaję – wspomina swoje „wyspiarskie początki” Polka.
Studia kontynuuje, ale na University of Kent, gdzie jest obecnie na ostanim roku. Równocześnie z nimi w Wugong Academy w Canterbury zgłębia tajniki kung-fu. Sztuki, z którą – jak sama mówi – już na stałe związała swoją przyszłość.

Wiara czyni cuda

– Dziś już nawet nie potrafię dokładnie określić momentu, kiedy zainteresowałam się kung-fu. Czasami żartuję, że chyba już się z tym urodziłam. Pamiętam pierwsze obejrzane filmy z Brucem Lee, gdy z podziwem patrzyłam, jak ten niewysoki, szczupły człowiek daje radę większym od siebie. W świecie sztuk walki każdy bowiem ma szansę i od niego tylko zależy, do jakiego dojdzie poziomu i jakiemu przeciwnikowi będzie w stanie stawić czoła – wspomina Marta i dodaje z uśmiechem:

– Podobało mi się to, że tylko ode mnie zależy, na ile będę w tym dobra, bo choć niektóre predyspozycje ma się od urodzenia, to wszystko inne da się wyćwiczyć poprzez ciężki trening. Poza tym od dziecka wolałam łazić po drzewach i bawić się z chłopakami. A gdy trochę podrosłam, zaczęły się bójki o takie bzdury, jak pierwszeństwo wejście na ślizgawkę, które zresztą zawsze wygrywałam i byłam niesamowicie dumna. Moi rodzice niestety nie podzielali mojego entuzjazmu... – śmieje się dziewczyna.

Mając 14 lat, dostała pierwsze w życiu nunchaku, o którym już od dawna marzyła, a które, jak miało się okazać, zostało jej ulubiona bronią. Rok później zapisała się do Międzynarodowej Szkoły Tai-Chi Chuan (miękkiej odmiany kung-fu), Tomasza Nowakowskiego, w której kultywowany był trening tzw. „bojowej” wersji tai-chi.

– Tamte treningi wiele mi dały. Przede wszystkim był to oficjalny początek mojej przygody z kung-fu – wspomina z nieskrywaną satysfakcją. Przecież to dzięki tai-chi pokazy mnichów z klasztoru Shaolin zdobyły światowy rozgłos.

Następnym krokiem w drodze do realizacji planów było przejście do klubu Shaolin Olsztyn, prowadzonego przez znanego w środowisku trenerów kung-fu, Romana Lichacza. Marta miała możliwość treningów „twardego” kung-fu, tzw. stylu Shaolin Chang Chuan.
Jak sama nazwa wskazuje, był to styl wywodzący się już z samego klasztoru... do którego droga wiodła przez litry potu wylanego podczas wielu godzin ćwiczeń.

Błękitny Tygrys

Klubem, w którym Marta Wiłuń rozpoczęła treningi w Wielkiej Brytanii i z którym jest związana do dziś jest Wugong Academy w Canterbury. Jego właścicielem i trenerem jest sifu Barry Phelan. Dzięki treningom w renomowanej placówce Polka może już poszczycić się czarną szarfą kung-fu (szarfa jest odpowiednikiem pasa w innych sztukach walki, np. karate, taekwondo itp). Ponadto posiada czwarty stopień mistrzowski – 4 Duan, na który egzamin zdaje się w Chinach przed komisją złożoną z przewodniczących IWUF (International Wushu Federation). Co ciekawe, posiadacz 4. stopnia otrzymuje również zaszczytny tytuł Błękitnego Tygrysa, dla podkreślenia mistrzowskiej rangi.

Jak się zaczęła jej przygoda z Shaolin? – W wieku 17 lat przeczytałam historię Jarka Rogowskiego, który jako pierwszy Polak trenował w klasztorze Shaolin. Dla mnie sama myśl o tym to było jak lot na księżyc – komuś się to udało, ale to nie spotyka zwykłych ludzi. Zanim się jednak spostrzegłam, sama zaczęłam snuć plany dotyczące wyjazdu – podkreśla Marta Wiłuń.

Pewnego dnia poznała przez internet adepta kung-fu z Niemiec, którego znajomy trenował kiedyś w Shaolin i od niego właśnie dostała adres mailowy mistrza Yan Lina. Napisała długi list, opisujący jej treningi. Także to, jak bardzo i od jak dawna trening w Shaolin jest jej marzeniem. Udało się. Po długim czasie została zaproszona do Shaolin, a konkretnie do przyjazdu na dwa miesiące. 29 czerwca 2007 zasiadła w samolocie do Chin.

– Nie było wtedy na świecie osoby szczęśliwszej ode mnie. Osiem lat wcześniej czytałam o kimś innym, komu się to udało i teraz to właśnie ja miałam przeżyć tę przygodę. Nie wierzyłam, że takie marzenie ma prawo się spełnić. Na ten jeden dzień czekałam osiem długich lat i nie mogłam uwierzyć, patrząc na chiński krajobraz wokół, że to mi się nie śni – dodaje ze wzruszeniem Polka.

Zmagania z sobą

Już po przybyciu do legendarnego klasztoru nastąpiło pierwsze zderzenie z rzeczywistością. Zamiast normalnego łóżka, drewniana skrzynia bez materaca. Rozwalający się stół i betonowa podłoga. Treningi niemal z marszu, zwalająca z nóg temperatura, biegi, biegi i jeszcze raz biegi, a po nich ćwiczenia rozciągające i ponowny trening. Śniadanie złożone z ryżu i rozgotowanych warzyw. Po nim powrót do swojego „pokoju”, zimny prysznic i... czas na kolejny trening, kolejny bieg, kolejne ćwiczenia...

– Wolne mieliśmy tylko niedziele. Był to jedyny dzień na złapanie oddechu, bo treningi były codziennie, z przerwami na posiłki, od 5.40 do około 22.00. Pierwszy tydzień to było prawdziwe piekło – wspomina Marta.

– Ćwiczyliśmy sprinty, pompki, których wykonywało się po około 300–400 dziennie, przysiady z drugą osobą siedząca na ramionach, bieg z kimś na plecach, ćwiczenia równowagi na dość wysokich palach, gdzie trzeba było stać na szeroko rozstawionych, ugiętych kolanach. Mistrz szukał wtedy jakichś niedużych kamieni, kładł po jednym na każdym kolanie i gdy ktoś próbował się podnosić, kamień spadał i ćwiczenie trzeba było zaczynać od nowa.

Ćwiczyliśmy też robienie mostków z pozycji stojącej – wtedy czasami stawiano nam na brzuchu niedużą miskę z wodą i gdy ktoś się poruszył, woda wylewała się i zaczynano od nowa. Zwykłe kopnięcia robiło się po sto razy i nigdy nie było gwarancji, że mistrz nie każe zrobić kolejnej setki, bo ktoś z grupy się nie przykładał – opowiada. Jedną z najgorszych rzeczy była nauka szpagatów. – Kazano nam zrobić szpagat, pomiędzy stopy wkładano kij, żeby nie móc przyciągnąć nóg do siebie i siadano na plecach. Wszystko to było dla zyskania supersprawności – wspomina Marta.

Do tych wszystkich elementów dochodziły nauka formy bez broni, z bronią, ćwiczenia rzutów, dźwigni, ciosów, akrobatyka oraz wszelkiego rodzaju salta, przewroty, wyskoki, tai-chi i sanda (walki full kontakt).

– Nie potrafiłam myśleć o niczym innym, wieczorem zamykałam oczy i wciąż widziałam mistrza oraz innych ćwiczących – opowiada Polka. Powiedziano mi, że do bólu muszę się przyzwyczaić, bo będzie mi towarzyszył przez cały czas i faktycznie tak było – przyznaje dziewczyna i dodaje:
– Po strasznym pierwszym tygodniu organizm zaczął się wreszcie przystosowywać, a biegi nie sprawiały mi już problemu. Byłam coraz szybsza i silniejsza. Nigdy nie sądziłam, że można organizm doprowadzić do takiej sprawności. Jednak, jak ostrzegał mistrz, ból towarzyszył mi każdego dnia – wylicza Marta, z którą w Shaolin trenowały osoby z innych części świata. Ludzie, którzy nie byli początkującymi w kung-fu bez wyjątku podkreślali, że spodziewali się ciężkich treningów, ale nie aż tak „zabójczych”. Marta podkreśla różnice w treningach prowadzonych „tu” i „tam”, w Shaolin.

– W Europie trenuje się tak, że gdy już bardzo boli, a organizm daje sygnał, że tu są granice jego możliwości, przerywa się ćwiczenie, aby nie doprowadzić do kontuzji. W Shaolin było zupełnie inaczej – ból był sygnałem, że tu się zaczyna bariera, którą należy przekroczyć: „Jak boli, to znaczy, że ciało dopiero teraz nabiera nowej sprawności” – mówili mistrzowie.

Część życia

Próbę czasu w Shaolin przetrwali tylko nieliczni, wśród nich Marta Wiłuń. Wytrwałość i silna wola Polki zaowocowały przyznanym pod koniec pobytu w Shaolin „Dyplomem Shaolin”. Wyróżnienie otrzymują osoby, które w oczach mistrzów są wybitnie uzdolnione i wyróżniają się na tle pozostałych.
Jednakże otrzymanie dyplomu wiązało się także z podejściem do egzaminu potwierdzającego umiejętności. O tym, iż są one w przypadku Marty wybitne, świadczyć może fakt, iż od dnia jej wyjazdu z Shaolin nikt nie dostąpił już tego zaszczytu!

– Te dwa miesiące bardzo mnie zmieniły nie tylko fizycznie, ale również psychicznie. Zmianie uległ mój system wartości. Zrozumiałam, że ucząc się kung-fu jedynie pod określonym kątem, np. samoobrony, nigdy nie będziemy w stanie poznać jego właściwej istoty, a to, czego się nauczymy, będzie jedynie odbiciem sztuki, nie nią samą. Kung-fu stało się częścią mojego życia. Jestem już nierozerwalnie z nim związana – zwierza się.

Samokontrola

Teraz Marta Wiłuń myśli przede wszystkim o... powrocie do Shaolin! Co zresztą jest już zaplanowane na lato przyszłego roku. Całoroczny wyjazd wiąże się jednak z dużymi kosztami, dlatego też szuka potencjalnych sponsorów na wyjazd. W dalekiej przyszłości natomiast Polka planuje otwarcie na Wyspach Brytyjskich profesjonalnej szkoły kung-fu, dającej możliwość dogłębnego poznania tajników tej sztuki walki.

Zalet kung-fu jest mnóstwo – chociażby umiejętność samoobrony, poprawa kondycji fizycznej, a także psychicznej, zdobywanie zdolności, podniesienie swojej samooceny oraz nabrania pewności siebie. W Chinach, skąd pochodzi i gdzie cieszy się największym uznaniem, jest to jeden ze sposobów na zdrowie i witalność. Lek na wszystko.

– Szczerze zachęcam wszystkich do rozpoczęcia przygody z kung fu – mówi Marta. – Patrząc wstecz, przekonuję się, jak wiele mi to dało i jak bardzo mnie zmieniło. Świadomość, że ma się kontrolę nad własnym ciałem i jego możliwościami jest naprawdę wspaniała. W życiu codziennym kieruję się mottem mnichów z klasztoru Shaolin: „Twój umysł kontroluje twoje ciało”. To, co osiągniemy i do czego dojdziemy nie tylko w kung-fu, zależy tylko od nas samych. To my jesteśmy kowalami własnego losu – przekonuje Marta Wiłuń. Pierwsza Polka, która przekroczyła progi klasztoru Shaolin.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
 ~takajedna: Fajnie, że takie dziewczyny. Też uprawiam karate, ale daleko mi jeszcze... Może kiedyś, skoro marzenia się spełniają?
odpowiedz
 ~optymistka: marzenia się spełniają tylko trzeba w nie wierzyć:)
odpowiedz
 ~: Dziewczyna wymiata. Widziałem ją na youtube, mistrzostwo
odpowiedz
 ~amator amatorek: Wszystko dobrze, ale nie chciałbym mieć jej za żonę. Choć tak z drugiej strony patrząc... ;)))
odpowiedz
 ~k1 : Shaolin rządzi ! :)
odpowiedz
 ~Brus Li: Ja też kiedyś tak umiałem, lecz trenować zapomniałem... :P A tak na poważnie to super laska. Zaje..ście, że w tym durnym świecie są jeszcze ludzie z dystansem do niego. Piszcie o nich, piszcie...
odpowiedz
 ~Belzebub: Ostrooo. Pelen szacun :) Bruce Lee w damskim wydaniu :D
odpowiedz
 ~Greg: Widzialem na youtube jak macha nunchaku i patrzy się w podłogę. Tak robiłem jak miałem 6 lat. Poracha.
odpowiedz
 ~Luke: Koleś, ale jesteś beznadziejny. Może pokaż nam jak ty machasz... Poracha.
odpowiedz
 ~Twardo chodzący po podłodze: Kolega chciał powiedzieć, że jak miał sześć lat to patrzył w podłogę. Nie czepiaj się jego. Młody był, to i pewnie ze wstydu...
odpowiedz
 ~loksoR: karatecy z kanionu Zoltej Rzeki sa lepsi od mnichow z Shaolin - to juz zostalo udowodnione:)
odpowiedz
 ~Marcin: Pamiętam Martę jeszcze z Polski. Szacun za ducha walki
odpowiedz
 ~: czy mozna jakos do marty dostać jakis kontakt??
odpowiedz
 ~: Poszukaj na NK ;)
odpowiedz
 ~Ro: Dla zainteresowanych - www.wilun.dl.pl
odpowiedz
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:30)
~Marta Leon:  ŁAŁ!! To jest najwspanialsza rzecz, jakiej kiedykolwiek doświadczy

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 22:00)
~Doretta: O MÓJ BOŻE!!! To z pewnością szokujące i prawdziwe świadectwo

Chelsea dostała zgodę na modernizację stadionu (godz. 09:32)
~Emil: Dobra wiadomość

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:41)
~Jana Alois:  Nie chciałem rozwodu, ponieważ bardzo kocham mojego męża i nie ch

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 05:03)
~JEFF: Moja rodzina jest bardzo szczęśliwa, że ​​jesteśmy teraz razem

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.