prl cooltura
       
Piątek, 03.04.2020 Pankracego, Renaty, Ryszarda
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Skąd brytyjskie partie mają pieniądze?
Wiktor Moszczyński, fot: Piotr Apoliniarski
Skąd brytyjskie partie mają pieniądze?

Rozmawiała Sylwia Milan


ostatnia aktualizacja: 2009/02/22 13:00

Kto ma szansę wejść do angielskiej polityki i co o tym decyduje? Opowiada WIKTOR MOSZCZYŃSKI, reprezentant polskiej społeczności w brytyjskich władzach lokalnych.

W jaki sposób trafia się na brytyjską scenę polityczną?
W latach 60. i 70. członkowie Partii Konserwatywnej byli zazwyczaj biznesmenami, nierzadko arystokratami, absolwentami najlepszych szkół, należeli do elity kraju. Natomiast do Partii Pracy wchodzono poprzez działalność w związkach zawodowych, zresztą to one założyły ją ponad sto lat temu. Jeszcze nie tak dawno praktycznie każdy jej członek należał jednocześnie do związków, ale to się zmienia. Teraz u konserwatystów są tacy, którzy nigdy nie byli w biznesie, a u laburzystów ci, co nie mieli kontaktu z robotnikami. Oba ugrupowania zasilają dziś zawodowi politycy, którzy idą tam prosto z uniwersytetów. To kariera jak każda inna. Pomiędzy obiema partiami w sprawach gospodarczych nie ma większej różnicy zdań. Najwyżej tendencja u konserwatystów, by szukać ograniczeń w podatkach, a u laburzystów, by rozszerzać interwencję państwową na różnych obszarach. Partia Pracy wcześniej weszła na drogę praw kobiet, szanowania mniejszości narodowych, ochrony środowiska, ale Partia Konserwatywna ją dogoniła, więc różnice są dziś niewielkie. Tak to wygląda w przypadku dwóch najbardziej liczących się ugrupowań w brytyjskiej polityce.

Jaki jest stan posiadania brytyjskiego polityka?

Posłowie, to ludzie względnie majętni, ale można być kandydatem bez pieniędzy, bo za kampanię płaci partia.

Brytyjskie partie nie są finansowane z budżetu. Czy to dobre rozwiązanie?

Myślę, że nie. Był taki okres, kiedy na przykład Partia Pracy była zależna od związków zawodowych, a Partia Konserwatywna od zamożnych darczyńców. To rodzi sytuacje, kiedy ofiarowujący dużą sumę mają gwarantowane miejsca w Izbie Lordów i wpływ na politykę rządu. Na tym tle nieraz wybuchały skandale.

Więc polski pomysł finansowania partii z budżetu znajduje uzasadnienie?
To moje prywatne zdanie, ale uważam, że dochód partii powinien składać się w dużej części z państwowych funduszy – w rozmiarze odpowiadającym poparciu uzyskanemu w ostatnich wyborach. Wiem, że są politycy, którzy się ze mną nie zgodzą. Takie rozwiązanie nie jest też popularne wśród społeczeństwa, które nie ma zaufania do polityków. Ale jest wtedy mniejsza pokusa do szukania funtów w nieodpowiednich miejscach.

A kim są lokalni działacze?

Radny to nie jest zawód na pełny etat. Jedynie przywódca rady miejskiej od kilku lat posiada dochód uważany za prawie pensję. Wysokość dochodu pozostałych jest uzależniona od pozycji w hierarchii partyjnej i od wyniku wyborów. Dla większości funkcja radnego jest działalnością społeczną.

Obecnie w brytyjskim Parlamencie zasiada kilkunastu członków o polskich korzeniach, są także w rządzie.

Tak, między innymi obecny minister spraw zagranicznych David Milliband i jego brat, też należący do gabinetu. Ich matka jest Polką żydowskiego pochodzenia, nazywa się Kozak. Przyjechała do Anglii przed wojną jako dziecko. Poza tym Denis MacShane, były minister do spraw europejskich (jego ojciec nazywał się Matyjaszkiewicz) oraz Mark Lazarowicz, John Marek i Daniel Kawczyński. Jest jeszcze grupa posłów mających żony Polki, jak Allan Whitehead (przewodniczący komisji ponadparlamentarnej związanej z Polską) czy Tom Levitt albo Joan Whalley.

Czy przed panem byli Polacy, na których się pan wzorował, wchodząc do polityki?

Nie, wśród Polaków nie miałem wzorów. Byłem pierwszy. Słyszałem o Józefie Racy z lat 60., który był przewodniczącym rady w hrabstwie Northamptonshire czy o Mike’u Oborskim, w swoim czasie burmistrzu Kidderminster. Chociaż nigdy nie nauczył się języka polskiego, to w sprawach polskich był aktywny. Po 1990 roku został honorowym konsulem. Napisał książkę o swojej działalności, którą zatytułował „Bigos and chips”.

Gdy w Polsce powstała „Solidarność”, w Londynie założono Polish Solidarity Campain, której przez jakiś czas był pan prezesem. Jaki był cel tej organizacji?
Wspomagać „Solidarność” i naciskać na brytyjskie związki zawodowe, by uznały ją i udzieliły oficjalnego poparcia. Mieliśmy wielu sojuszników w związkach, ale dały się zauważyć silne wpływy tutejszych komunistów. Organizowaliśmy pomoc w łączności z poszczególnymi związkami, zaczęły przyjeżdżać do nas pierwsze delegacje z Polski. Kiedy gościliśmy kogoś z „Solidarności”, to było dla nas wielkie wydarzenie. Każdy chciał poznać, a przynajmniej zobaczyć taką wybitną jednostkę. Poprzednio popierałem KOR. Kiedy w 1976 roku aresztowano robotników, zwróciłem się do posłów w tutejszym Parlamencie i zorganizowano „Early Day Motion”. To był rodzaj wniosku, oficjalnego poparcia dla działań w Polsce i żądania uwolnienia członków KOR-u i robotników z Radomia z więzienia. Wiem, że nasza działalność docierała do PRL-owskich rządów, bo wśród krytykujących polskie władze byli członkowie Partii Pracy, czyli ludzie najbliżsi komunistom ideowo.

Pański stosunek do Okrągłego Stołu
.
Kiedy byliśmy częścią Układu Warszawskiego, Okrągły Stół uważałem za znakomite rozwiązanie. Jednak po upadku muru berlińskiego w 1990 roku, po pierwszych wyborach samorządowych trzeba było skończyć współpracę z ludźmi dawnego reżimu. Pamiętam długą dyskusję na ten temat z Adamem Michnikiem. On wtedy twierdził, że nadal musimy utrzymywać tamte stosunki, bo tak uzgodniliśmy i chronimy się przed „ciemnogrodem”. „Cokolwiek żeście uzgodnili – mówię – zrobiliście to pod pręgierzem. Teraz kraj jest wolny, trzeba przeprowadzić wolne wybory parlamentarne. Dla gospodarki idą ciężkie czasy. Musicie znaleźć kozła ofiarnego, jeśli tego nie zrobicie, sami nim zostaniecie. W końcu jest to bezkrwawa rewolucja, która może pożerać własne dzieci”. Za długo trwał kompromis, który ostatecznie spowodował walkę na górze z Wałęsa. Potem były już ery Olszewskiego, Kaczyńskiego...

Trudno odmówić logiki pańskim uwagom, ale co, gdyby to pan był tam wówczas z Michnikiem? Czy mając świadomość podziałów politycznych, także wśród działaczy emigracji londyńskiej, uważa pan to rozwiązanie za realistyczne?
Polacy tutaj chcieli zasadniczych zmian i obawiali się, że kompromis z komunistami skompromituje byłą opozycję. Ale wojnę na górze uważali za wielki błąd. Chcieli dekomunizacji, ale metody walki o lustrację bardzo ich zaskoczyły. Pamiętam, jak pytałem premiera Olszewskiego, dlaczego atakuje ciągle swoich ludzi i szuka byłych agentów tylko wśród byłych opozycjonistów. „Bo agenci byli wśród nas – odpowiada mi. – Przecież wśród komunistów nie było ukrytych agentów, więc nie mamy co tam ich szukać”. Dla mnie to jakaś paranoja...

Pańskim zdaniem skąd to polowanie?

Byli opozycjoniści wprowadzali zastraszanie, bo sami byli temu poddawani i później mieli potrzebę rewanżu. To walka z komunizmem, ale komunistycznymi metodami i prowadzona przez ludzi, którzy w opozycji pełnili najczęściej rolę drugorzędną albo żadną. Albo tak jak Ziobro byli za młodzi, by uczestniczyć w przełomowych wydarzeniach, więc teraz chcą dołączyć do tej wielkiej rewolucji. Po co za wszelką cenę rozpruwać rany, które goiły się kilkanaście lat, a na pewno teraz i tak zostały zaognione przez korupcję? Dla mnie cała ta sprawa lustracji to przerażająca strata energii. Daje się wiarygodność ubowcom i ich kartotekom.

Wyobraża pan sobie taką sytuację na Wyspach?

Absolutnie nie. W naszym środowisku w POSK-u i w Zjednoczeniu Polskim w Wielkiej Brytanii były podobne próby, ale ci, którzy chcieli się ich podjąć, przegrali wybory, a cała sprawa skończyła się fiaskiem, bo jest niezgodna z prawami człowieka. Co innego odpowiedzialność za specyficzne zbrodnie popełnione w czasach PRL-u. Sam jestem za tym, żeby gen. Jaruzelski stanął przed sądem.

Czy w angielskiej historii otarto się o podobną sytuację?

To były problemy XVIII i początku XIX wieku, gdy dochodzono, kto jest ukrytym katolikiem, a kto nie. W tej chwili, nawet jeśli ktoś należał do partii komunistycznej, nie jest to żadną ujmą. Przekreślało się jednak kogoś, kto popierał Hitlera, i po wojnie lądował w więzieniu lub na marginesie. Później Brytyjczycy sami takich przypadków nie szukali, chyba że ktoś chciał się wybić, a miał ciemne momenty w przeszłości, to mu je przypominano. Swego czasu głośna była sprawa Maksa Mosleya, syna byłego przywódcy faszystów. Kiedy pisano, że brał udział w orgiach seksualnych, podczas których przebierano się za hitlerowców, wybuchł olbrzymi skandal. Potem okazało się, że orgie rzeczywiście były, ale bez elementu hitlerowskiego. Jednak on i tak był już skończony. To są jednak wyjątki. W Wielkiej Brytanii w ogóle nie ma elementu zastraszania. To jest kompletnie obce dla tutejszego sposobu życia i dla polskiego powinno być również. Cokolwiek można było zrobić w sprawie lustracji, to jeszcze w 1990 roku, ale nie później.

Jak zareagował Zachód na zarzuty wobec Lecha Wałęsy o jego rzekomą działalność agenturalną?

Tutaj to dotarło w stopniu minimalnym. Na szczęście. Były jakieś artykuły, ale raczej wyrażające zdziwienie i niedowierzanie, tym bardziej że w okresie rządów Kaczyńskich, będących pośmiewiskiem w Anglii, nie nadawano temu wielkiego znaczenia. W ostatnich latach Polska umiała ośmieszyć prawie wszystkie swoje autorytety moralne, poza papieżem. Za granicą byli szanowani, ale nie w Polsce. W pewnym momencie wydawało się, że nastąpi stabilizacja wokół takich bardziej cynicznych osób jak Kwaśniewski, który mimo swojej przeszłości potrafił być prezydentem wszystkich Polaków, miał poczucie humoru, umiał zachować się za granicą. Bardzo dobry prezydent, świetna wizytówka kraju, dopóki nie zaczął mieć problemów z alkoholem i nie wyszły na jaw jego powiązania gospodarcze. Teraz, po wahadłach wyborczych od ekstremy lewicy do ekstremy prawicy, mamy wreszcie rząd centrowy, spokojny, europejski. Stabilizacja sceny politycznej w Polsce to kwestia przynajmniej jednego pokolenia, ale z takim rządem Polska jest na dobrej drodze.

Co pan sądzi o polskich organizacjach założonych w ostatnich latach w Londynie przez ludzi młodych?
Oni bardzo szybko będą nas wyprzedzać. Mają swoje kontakty w Polsce i w Anglii, zdobywają doświadczenie, potrafią się zorganizować, są aktywni, myślą nie tylko o sobie. Z ciekawością obserwuję, co z tego może wyniknąć.


Wiktor Moszczyński
ur. 1946 – urodzony w Wielkiej Brytanii jako dziecko emigrantów politycznych. Absolwent Stosunków Międzynarodowych. Dwukrotny radny, raz w Ipswich i raz na Ealingu. Członek Partii Pracy, kandydat na posła do Parlamentu Brytyjskiego.


• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Jak odzyskać depozyt? (godz. 12:42)
~Emigrant: Niestety Angielscy Agenci nieruchomości i Landlordowie to typowi oszuści

Chelsea dostała zgodę na modernizację stadionu (godz. 20:43)
Nowo:

Chelsea dostała zgodę na modernizację stadionu (godz. 20:43)
Nowo: To było 2017 r

Partyturę II Symfonii Mahlera sprzedano za 4,5 mln funtów (godz. 20:43)
Nowo: Pewnie nie jeden chętny

UKIP za wprowadzeniem zakazu noszenia burki i nikabu (godz. 16:09)
~terepsegway:

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.