prl cooltura
       
Niedziela, 29.03.2020 Marka, Wiktoryny, Zenona
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Wyborcza Brytania
Wyborcza Brytania

Radosław Zapałowski


ostatnia aktualizacja: 2015/05/05 06:00

Polacy mieszkający na Wyspach nie mają większego wpływu na wynik wyborów, ale kształt brytyjskiego parlamentu ma zasadnicze znaczenie dla życia Polonii. Czego możemy się spodziewać 7 maja?

Majowe wybory do Izby Gmin wśród Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii nie cieszą się zbytnią popularnością i nie wzbudzają większych emocji. W polonijnych mediach, na forach i na portalach społecznościowych powielane są jedynie suche komunikaty agencji informacyjnych albo newsy dotyczące nas bezpośrednio. Jak wyzwanie na pojedynek lidera UKIP Nigela Farage’a przez mającego polskie korzenie księcia Żylińskiego. Ten informacyjny „michałek”, rzecz zupełnie niepoważna i bez większego znaczenia, powielony został wielokrotnie, co wiele mówi zarówno o jakości polonijnych mediów, jak i o pogłębiającej się infantylizacji społecznej. Poważna polityka się nie „klika”. Chociaż nie powinniśmy się temu dziwić. Skoro według badań prof. Jacka Raciborskiego zaledwie 55 proc. Polaków uważa wybory za „najlepszy sposób wyłaniania rządzących”, obojętność wobec wyborów deklaruje 27 proc., a 39 proc. uznaje je za stratę czasu i pieniędzy – i to w Polsce, gdzie mamy możliwość partycypacji w procesie demokratycznym – to naturalne jest, że tym bardziej brytyjska polityka, na którą nie mamy żadnego bezpośredniego wpływu, zupełnie nas nie interesuje. Jeśli dodamy do tego kolejne dane, według których zaledwie 20 proc. polskiego społeczeństwa posiada podstawowe obywatelskie kompetencje, czyli zna partie i ich liderów, orientuje się w rozwiązaniach ustrojowych, identyfikuje najważniejsze kwestie sporne w debacie publicznej, to mamy obraz narodu pozbawionego kultury politycznej.

Ta pasywność przekracza razem z nami kolejne granice, w naszej pogoni za „normalnym życiem”, pracą i „godnymi zarobkami”. Demokracja jest dla nas czymś zewnętrznym i niezbyt emocjonującym, polityka zaś w najlepszym przypadku abstrakcją i zupełnie nas nie obchodzi. A powinna. To w końcu od władzy zależy jakość naszego życia. Rządzący mają przecież wpływ nie tylko na podatki, infrastrukturę, bezpieczeństwo (wojsko, policję), edukację i zdrowie, ale także na ceny, zarobki, przyrodę, prawo pracy, pomoc społeczną, dostęp do mieszkań itp. Na niemal wszystko w naszym życiu. Dlatego też, chociaż nie zdajemy sobie z tego do końca sprawy, nadchodzące wybory w Wielkiej Brytanii są niezwykle istotne – nie tylko dla samych Brytyjczyków, ale również dla emigrantów. I mimo że nie mamy na nie żadnego wpływu, powinniśmy wiedzieć, czego możemy oczekiwać.

Głosy do kosza

Wielka Brytania jest europejską wizytówką większościowego systemu wyborczego polegającego na jednomandatowych okręgach wyborczych – z wszelkimi tego, głównie negatywnymi, konsekwencjami. 650 członków Izby Gmin wybiera się w ordynacji zwanej „First-Past-the-Post”, czyli coś jak „pierwszy na mecie”. Mandat dostaje ten, kto zebrał najwięcej głosów, ile by ich nie było. Bez drugiej tury. Obliczono, iż w ten sposób marnuje się 70 proc. głosów oddanych na kandydatów innych niż ów „pierwszy na mecie”. Powoduje to także ogromne nierówności w przeliczeniu mandatów na głosy. Na przykład w 2005 r. jednego posła laburzystów wybierało średnio 27 tys. wyborców, jednego torysa – 44 tys., a jednego deputowanego Liberalnych Demokratów – prawie 100 tys.

W Polsce co jakiś czas wybucha debata o JOW-ach, które mają swoich zwolenników (ostatnio np. eks-rockman i kandydat na prezydenta Paweł Kukiz), gorąco przekonujących, że dzięki jednomandatowym okręgom wyborczym szanse na wyborczy sukces mają kandydaci niezależni. Przykład Wielkiej Brytanii pokazuje jednak, że ta ordynacja zdecydowanie preferuje wielkich politycznych graczy, utrwalając dominację wielkich partii na scenie politycznej.

Od ponad 100 lat w Wielkiej Brytanii rywalizują wciąż dwie te same partie, a trzeciej udaje się zaistnieć znacząco raz na pół wieku, i to przez jedną kadencję. W tym systemie partie zbierające 5 – 10 proc. głosów w praktyce nie dostają ani jednego mandatu, chyba że są to partie regionalnych mniejszości dysponujących większością w kilku okręgach. Partie ogólnokrajowe, nawet cieszące się kilkunastoprocentowym poparciem, jak LibDem, zdobywają od kilku do kilkunastu mandatów. Po pewnym czasie ludzie przestają na takie partie głosować. Chyba że dokonuje się duże polityczne i społeczne przetasowanie. Tak było kiedyś z Partią Pracy, która nie mogła zaistnieć w konserwatywnym i liberalnym (The Liberal Party) duopolu trwającym w Wielkiej Brytanii przez cały XIX i początek XX wieku. Ostatecznie jednak Labour skruszyła zabetonowaną scenę polityczną i zepchnęła liberałów do drugiej ligi, sama zajmując ich miejsce. Od pół wieku system jest stabilny.

W ostatnich sześćdziesięciu latach Brytyjczycy do urn szli osiemnaście razy. Labour i Partia Konserwatywna dzielili się władzą równo po połowie. Dziewięciokrotnie na czele rządu stał laburzysta i tyle samo razy gabinet kształtował ktoś z konserwatystów. W wyborach sprzed pięciu lat LibDem dostali 23 proc. głosów i tylko 57 miejsc w 650-osobowej Izbie Gmin. Laburzyści, którzy mieli niewiele więcej głosów – 29 proc. – mają 258 miejsc, zaś konserwatyści z 36 proc. głosów zdobyli 306 mandatów. I chociaż zmiana ordynacji na nieco bardziej proporcjonalną była zasadniczym warunkiem Liberalnych Demokratów przy wchodzeniu w koalicję, nic z tego nie wyszło, bo zarówno Labour, jak i torysi na tym systemie korzystają najwięcej.

Polityczna mapa Wysp

Brytyjski mało demokratyczny system większościowy wymusza zupełnie odmienną strategię wyborczą. Zaciekła walka toczy się bowiem nie tylko na poziomie ogólnokrajowym, ale także w okręgach „chwiejnych” – „marginal seats”, czyli takich, gdzie któraś z partii ma niewielką przewagę albo wręcz nie ma jej wcale i gdzie dominują wyborcy niezdecydowani. W każdych wyborach na Wyspach to one odgrywają najważniejszą rolę, bo większość kraju jest podzielona niemal na pół. Z grubsza, chociaż z pewnymi wyjątkami, południe Anglii głosuje na torysów, północ na Partię Pracy. W Szkocji wygrywają albo laburzyści (41 mandatów), albo liberałowie (11 mandatów). W Walii dominuje Labour (26 posłów), konserwatyści mają tam ośmiu parlamentarzystów, a liberałowie i walijscy narodowcy po trzech. W Irlandii Północnej z jej 18 mandatami do Izby Gmin dominują partie lokalne: Democratic Unionist Party – 8 posłów i Sinn Fein z pięcioma parlamentarzystami.

W tegorocznych wyborach chwiejnych okręgów jest 194, z czego 82 „mają w posiadaniu” konserwatyści, w 79 wygrała wcześniej Labour, a w 27 LibDem. Przewaga jednej partii nad drugą w tych okręgach w poprzednich wyborach nie przekroczyła 10 proc. i to one zadecydują o tym, kto będzie rządził Wielką Brytanią w najbliższych pięciu latach. Dlatego też chociaż mniejsze partie, takie jak UKIP czy Zieloni, robią dużo medialnego szumu, skupiają na sobie uwagę i mogą wpłynąć na ostateczny kształt Izby Gmin, to jednak stanowią tło. Ważne, ale nie aż tak istotne. Prawdziwa batalia toczy się między rządzącymi konserwatystami i opozycyjnymi laburzystami. Bo bez względu na to, czy jedni albo drudzy zdobędą wymaganą większość do powołania gabinetu, czy też będą musieli zawrzeć koalicję, na czele rządu stanie albo urzędujący premier David Cameron, albo lider Partii Pracy Ed Miliband. I chociaż różnice między obiema partiami w czasach, w których ugrupowania głównego nurtu ciągle dryfują w stronę centrum, licząc, że tam wygrywa się wybory – wydają się marginalne, to jednak spór między Labour a Partią Konserwatywną wciąż przebiega na starej osi podziału na lewicę i prawicę. I ma to fundamentalne znaczenie dla kraju.

Prawy do lewego

Kiedy w 2010 r. David Cameron stawał razem z liderem LibDem Nickiem Cleggiem na trawniku 10 Downing Street, ogłaszając powstanie koalicji, mówił o „nowej polityce”, wyrastającej z „wolności, sprawiedliwości i odpowiedzialności”. Spajało się to z kampanią wyborczą torysów. Hasła konserwatystów sprzed pięciu lat pokazywały partię i jej lidera jako odpowiedzialnych, współczesnych centrystów: wielkie społeczeństwo, darmowe szkolnictwo, społecznie odpowiedzialna przedsiębiorczość, „przytulanie chuliganów” czy też zawołanie: „Bądź zielony, głosuj na niebieskich” trafiły na podatny społeczny grunt. Brytyjczycy zszokowani kryzysem i zmęczeni Blairem oraz Brownem dali się uwieść. Maska socjalnych konserwatystów, tzw. red Tory, szybko jednak opadła, a David Cameron razem z George’em Osborne’em przystąpili do realizacji typowych prawicowych pomysłów. Cameron, ogłaszając się godnym następcą Margaret Thatcher, wszedł w buty Żelaznej Damy i rozpoczął rozmontowywanie resztek państwa dobrobytu. Całkiem skutecznie. Biuro Odpowiedzialności Budżetowej (Office of Budget Responsibility) dostarczające niezależnych prognoz ekonomicznych całkiem niedawno triumfalnie ogłosiło, że w 2018 r. udział państwa w gospodarce będzie na poziomie lat 30. ubiegłego wieku. Ideologia Friedricha Hayeka napędzająca konserwatystów od
dekad znów stała się dominująca, chociaż nie tak otwarcie jak w czasach rządów Thatcher. A jednak pryncypia są te same: wolny rynek, państwo jako nocny stróż, wyższość indywidualizmu nad kolektywizmem.

Konserwatywną agendę najlepiej ujął Francis Maude, szef Urzędu Gabinetu (brytyjski odpowiednik szefa Kancelarii Premiera), mówiąc, że rząd dokonuje „kreatywnej destrukcji” w sektorze publicznym. W ostatnich pięciu latach zatrudnienie na posadach państwowych spadło z 21,6 proc. do 17,6 proc. i jest najniższe od czterech dekad. Ma to swoje konsekwencje w postaci drastycznego obniżenia standardu usług publicznych, ale jest spójne z ideologią prawicy, dla której prywatne jest lepsze od państwowego. Bo w teorii firmy prywatne powinny przejmować państwowe usługi i wykonywać je bardziej efektywnie oraz taniej. Podobnie jest z cięciami, czyli rygorem fiskalnym, wysypem umów śmieciowych (prawie 2 mln osób na Wyspach pracuje na tzw. kontraktach zerowych, a milion na pół etatu), zabieraniem ludziom zasiłków oraz brakującymi miliardami z wpływów podatkowych.

National Audit Office szacuje, że dług podatkowy biznesu wobec skarbu państwa wynosi ok. 100 mld funtów rocznie, ale torysom to nie przeszkadza, bo uważają, że to biznes „kreuje miejsca pracy oraz dobrobyt”, za co należą mu się specjalne przywileje oraz ulgowe traktowanie. Wszystko to można uznać za błędy albo za sukces rządzących. W zależności od poglądów i wyznawanej ideologii. Partia Pracy proponuje zupełnie inne rozwiązania. Nie tak radykalne, jak chcieliby skrajni socjaliści, i nie z taką pompą jak np. grecka Syriza, ale jednak. Więcej państwa, większe bezpieczeństwo socjalne, dług zwalczany wzrostem gospodarczym, a nie zaciskaniem pasa, większe wydatki na służbę zdrowia, powstrzymanie kryzysu mieszkaniowego, więcej regulacji itp. Labour postuluje nowy „odpowiedzialny kapitalizm”, zrywający z barbarzyńską pazernością, a bogatym i silnym przypomina, że obok żyją słabi i biedni. Krótko mówiąc, Partia Pracy wzmacnia trochę swoją lewą flankę, proponując więcej etatyzmu i państwa, a mniej rynku i dzikiego kapitalizmu. Trochę ze względu na skompromitowaną w oczach opinii publicznej New Labour Blaira i Browna, której zarzucano zdradę lewicowych ideałów na rzecz neoliberalizmu, trochę ze względu na poglądy samego Eda Milibanda (jest synem wybitnego marksisty i czołowego intelektualisty Labour Ralpha Milibanda), a trochę ze względu na radykalizację Szkotów i wzrost poparcia dla Green Party.

Ważne jest, że Brytyjczycy mają możliwość wyboru między dwoma zupełnie odmiennymi wizjami politycznymi, dwoma różnymi podejściami i spojrzeniami na rolę państwa, gospodarkę, społeczeństwo. Dla emigrantów bardziej korzystny byłby rząd Partii Pracy, nie tylko ze względu na większe bezpieczeństwo socjalne, lepsze warunki płacowe na najniższych stanowiskach i bardziej sprawiedliwą redystrybucję, ale głównie ze względu na proemigracyjną i proeuropejską postawę Labour. Zwłaszcza jeśli Ed Miliband będzie zmuszony – co staje się coraz bardziej prawdopodobne – do zawarcia koalicji ze Szkocką Partią Narodową, nastawioną jeszcze bardziej pro zarówno w stosunku do emigracji, jak i do Unii Europejskiej.
 

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
 ~Lech S.: Apeluję do tej części Polonii, która jest uprawniona do głosowania, aby wysłała Camerona i Farage'a tam, gdzie jest ich miejsce, tzn. do wszystkich diabłów!

odpowiedz
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:30)
~Marta Leon:  ŁAŁ!! To jest najwspanialsza rzecz, jakiej kiedykolwiek doświadczy

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 22:00)
~Doretta: O MÓJ BOŻE!!! To z pewnością szokujące i prawdziwe świadectwo

Chelsea dostała zgodę na modernizację stadionu (godz. 09:32)
~Emil: Dobra wiadomość

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:41)
~Jana Alois:  Nie chciałem rozwodu, ponieważ bardzo kocham mojego męża i nie ch

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 05:03)
~JEFF: Moja rodzina jest bardzo szczęśliwa, że ​​jesteśmy teraz razem

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.