prl cooltura
       
Sobota, 14.12.2019 Alfreda, Izydora, Zoriny
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Polacy trzęśli Chicago
Piotr Kraśko
Polacy trzęśli Chicago

Rozmawiała Sylwia Milan


ostatnia aktualizacja: 2009/01/25 09:12

Piotr Kraśko na ostatnie dwie dekady patrzy z punktu widzenia Ameryki. Przez kilka lat był tam korespondentem TVP. Dziś prowadzi główne wydanie „Wiadomości”.

Czego świat nie wiedział w 1989 roku?
Że stanie na krawędzi wojen religijnych. Kto wie, czy największy konflikt, jaki nam grozi, nie jest jednak konfliktem wielkich religii. To było nie do przewidzenia, chociaż teraz przyzwyczailiśmy się do tej myśli. Na pewno świat jest o wiele bardziej niebezpieczny niż przed 11 września. Myślę, że nie do końca zdajemy sobie sprawę ze wszystkich przemian po tym dniu. Ameryka jest mocarstwem i swoje interesy ma wszędzie. Każdego dnia one mogą być zagrożone. Ich myślenie perspektywiczne jest dużo ciekawsze niż w Europie. Amerykanie bardziej niż my interesują się, jak świat będzie wyglądał jutro, za rok i za dwadzieścia lat.

Czy zdaniem pana, rządzący w kraju są wyposażeni w dostateczną wiedzę o tym, co na zewnątrz?
Zbyt jesteśmy uwikłani w bieżące gry polityczne, z których niewiele wynika dla Polski, nawet na jutro, bo na dziś tak, ale na jutro już nie. Gdyby przeanalizować listę kłótni ostatnich lat, to okaże się, że tak naprawdę dla Polski na lata, ważne były może ze trzy kwestie, a ile spraw leży odłogiem? 

W amerykańskiej polityce kłócą się mniej, czy do sporów oddelegowani są jedni, a ważnymi zagadnieniami zajmują się inni?
Tak bym to ujął. To nie jest tak, że oni zajmują się tylko wielkimi ideami, bo to nieprawda. Istnieją dwa nurty w polityce amerykańskiej. Jeden – to codzienna kłótnia, na przykład o to, czy jeden z senatorów wysunął nogę w toalecie publicznej na lotnisku, co miało znaczyć, że namawiał do seksu mężczyznę, który siedział obok. Analizowanie, czy ten senator dalej powinien zasiadać na Kapitolu, czy też nie, zajęło kilka tygodni. Drugi – bardzo głęboki nurt, zajmuje się sprawami wojny w Iraku, próbą uporządkowania Bliskiego Wschodu i tym, co zrobić z Chinami, które za 20 lat być może staną się większą niż USA potęgą gospodarczą i wojskową. Kłótnie muszą mieć swoje granice. Nie możemy zarzucać sobie bez przerwy tego, że służymy w interesach obcych, że niektórzy to oszuści, działający wbrew interesom Polski. Amerykanie mogą się bardzo pokłócić, ale zawsze powiedzą: „Wierzę, że mój przeciwnik jest dobrym, amerykańskim patriotą. Po prostu inaczej widzimy rozwiązanie problemu, który przed nami stoi.”

W polityce amerykańskiej dużą rolę odgrywa instytucja eksperta.
Tak. To są doradcy polityków, doradcy Kongresu, potężne amerykańskie „think tanki”. U nas takich ośrodków analitycznych jest kilka, ale niestety ich wpływ na politykę bieżącą nie jest duży. A szkoda, bo my się musimy przygotowywać do świata. Jeżeli Europa nie zacznie odgrywać silnej roli, to będzie w dużym kłopocie, a jeżeli my nie będziemy w niej silni, to będziemy na marginesie. To nie jest tak, że możemy sobie ułożyć naszą Polskę tak, jak nam się wydaje, że będzie dobrze i nie musimy się przejmować tym, co dookoła.

Czy czołowi amerykańscy politycy zdają sobie sprawę z tego, jakie zmiany po 1989 roku zaszły w Polsce? 
- Poza kilkoma osobami, myślę, że nie mają pojęcia. Byłem zaskoczony, głęboką wiedzą niektórych pracowników Departamentu Stanu o subtelnościach wewnętrznych rozgrywek w Samoobronie. Ci, którzy mają wiedzieć, co się dzieje, wiedzą. Tylko ta wiedza ogranicza się może do pięciu osób, które są świetnie zorientowane. Natomiast generalnie politycy amerykańscy nie zajmują się Polską, bo też nasze szczęście na tym polega, że tak naprawdę nie muszą. Nie grozi nam żadne poważne zagrożenie militarne. To nie jest region świata, którym Ameryka musi się martwić. Strategicznym partnerem dla Amerykanów będzie na pewno Izrael, Turcja. To czy Turcja stałaby się krajem, np. fundamentalistycznie muzułmańskim, czy pozostanie świecką demokracją, dla Amerykanów jest sprawą kluczową. W Polsce mimo wszystko sytuacja jest przewidywalna. Jesteśmy częścią Unii Europejskiej i NATO. Nie ma powodu, by się nami zajmować. Turcja, Izrael, Gruzja, Ukraina tak, ale nie my.

Czy od tych osób świetnie zorientowanych dowiedział się pan czegoś o polskiej polityce, czego nie wiedział przedtem  bądź inaczej oceniał?
My patrzymy na siebie jak na kraj, który jest wyseparowany z jakieś większej całości. Dla Amerykanów nie jest ważna sama Polska, tylko to, jakie ma relacje w UE, z Niemcami, Ukrainą, Rosją. Możemy odegrać ważną rolę, ale w większej układance. Od tego zależy pozycja Polski w Waszyngtonie. To co dla imperium jest ważne to przewidywalność, bo imperium ma tyle interesów, że zawsze będzie miało gdzieś kłopoty. Stabilność w innej części świata dla nich jest bezcenna.

Czego nauczył się pan od Amerykanów?
Amerykanie są bardzo zaangażowani społecznie. O wiele bardziej niż Europejczycy. Każdy Amerykanin jest w sześciu, siedmiu organizacjach. Poza tym, Europa nie potrafi asymilować emigrantów tak jak Ameryka. To, że dzieci emigrantów z Turcji urodzą się w Niemczech, wcale nie sprawi, że w oczach Niemców, mieszkających tam od pokoleń, będą takimi samymi obywatelami ich kraju. W Stanach Zjednoczonych nie dochodzi do sytuacji, kiedy na przedmieściach emigranci masowo palą samochody, bo uważają, że nie mają szansy na amerykańskie marzenie. Mają. Oni w to wierzą. 70 proc. muzułmanów w USA jest przekonanych, że jeżeli będą ciężko pracować, to do czegoś dojdą. Otóż, nie znam dokładnych statystyk, ale z przebiegu wydarzeń przypuszczałbym, że 70 proc. Muzułmanów we Francji wierzy, że nawet ciężko pracując, do niczego wielkiego nie dojdzie i dlatego pali samochody. Amerykę można krytykować za wiele rzeczy, ale dalej jest to kraj wielkiej szansy dla emigrantów.

Co byłoby do przeniesienia stamtąd na grunt polski?

Są granice, których nie należy przekraczać w polityce, tzn. nie można codziennie krzyczeć na swoich przeciwników politycznych: chamstwo, chamstwo, hańba, bo obywatel nie może mieć wrażenia, że polityka to bagno.

Bo nie pójdą do niej wartościowi ludzie, fachowcy?

Zawsze jest grupa takich ludzi, jak Bill Clinton, który decyzję o wejściu w  ten świat, podjął w momencie, kiedy uścisnął rękę Johna Kennedy’ego. Jako młody chłopak był w Białym Domu z wycieczką ze swojego stanu i doznał olśnienia, które na zawsze zmieniło jego życie. Ale jest ważne by polityką zajmowali się też ludzie, którzy wcześniej odnieśli już jakiś sukces jako architekci, finansiści czy biznesmeni. Nie może być tak, jak zdarzało się u nas, że jak ktoś sobie nie radził, miał długi, komorników na głowie – to wtedy angażował się w politykę i przed tym uciekał.

Za co Amerykanie nas szanują?
Za to, że jesteśmy krajem, który zaczął wielką rewolucję, gdzie narodziła się „Solidarność”, która porwała resztę świata, by stanąć przeciwko sowieckiemu imperium. Mamy opinię szlachetnych szaleńców, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Polska w ich oczach odniosła też sukces w latach późniejszych. Bezcenni dla naszego dobrego wizerunku byli Jan Paweł II i Lech Wałęsa. Amerykańscy politycy doskonale pamiętają jego legendarne przemówienie w Kongresie zaczynające się od słów będących cytatem z amerykańskiej konstytucji „We the people”. Kiedyś  słowo „Poland” kojarzyło się głównie z Polish jokes, teraz już tak nie jest.

Czy polscy emigranci wprowadzają nową jakość odbioru, czy bazuje się nadal wyłącznie na papieżu i Wałęsie?

To jest dla mnie coś niezrozumiałego. Dlaczego Grecy mogli mieć kandydata na prezydenta, Michaela Dukakisa i byłego szefa CIA, Georgea Tenneta. Włosi mają Rudolpha Giulianiego. A my mamy jednego Zbigniewa Brzezińskiego na pół wieku?!

Czy ktoś już rośnie?
Nie. To jest dobre pytanie i niewytłumaczalne zjawisko. Dlaczego tak nie jest? W latach 20-tych, 30-tych Polacy trzęśli Chicago. Trochę w złym, trochę w dobrym tego słowa znaczeniu. Byli bardzo wpływową grupą narodowościową, która miała wielu wielkich ludzi w polityce lokalnej. A przecież to nie były czasy, kiedy z Polski do Chicago emigrowali wybitni intelektualiści. Inteligencja pojechała potem i w sensie politycznym zwojowała mniej niż ci, którzy byli tam przed nimi. Polacy robią wspaniałe kariery w Dolinie Krzemowej. Jest wielu świetnych informatyków, biznesmenów, lekarzy, prawników. Tylko dlaczego, nie prowadzi to do tego, żebyśmy byli ważną grupą w polityce amerykańskiej i żeby ktoś z nazwiskiem kończącym się na -ski, zrobił coś wielkiego na skalę całego kraju? Wielu Polaków, którzy odnieśli „amerykański sukces”, przestaje angażować się w życie Polonii. Są bardzo zamożni, ale to nie oni są głosem Polonii w Stanach.

W najbliższej przyszłości będzie lepiej?

Emigracja z Wielkiej Brytanii i Irlandii powoli wraca do Polski, czego się nie spodziewałem. Młodzi ludzie, którzy poznali świat i język, wiele się tam nauczyli. Był taki moment, kiedy obawiałem się, że najbardziej przedsiębiorczych, czegoś głodnych, stracimy bezpowrotnie. A oni chyba wracają.

W nich nadzieja?

Absolutnie.

Na jaką wiadomość z kraju pan czeka? Taką, którą chętnie przekazałby widzom „Wiadomości”.
Czy dużo pani słyszała ostatnio informacji ze Szwajcarii?

Nie. Banalne problemy w polityce są oznaką normalności.

No właśnie o to chodzi. Czasami zdarzają się takie nudne dni dla każdego programu informacyjnego, najczęściej w czasie wakacji, kiedy nie ma żadnej awantury i sporu. Przeciętnego obywatela to raczej nie martwi, bo czy te spory doprowadziły do rozwiązania kwestii emerytur w Polsce, budowy autostrad, reformy finansów publicznych?

Dlaczego oni tego nie robią? Nie chcą, nie potrafią?

Siła przyzwyczajenia. Poza tym nałóg i chęć sprawdzenia sondaży, czy poszliśmy punkt w górę, czy spadliśmy w dół.

Nie czuje się pan współwinny temu, że zamawiane są przez media kolejne sondaże, praktycznie co kilka dni?

Prędzej czy później będziemy musieli oporządkować układ władzy w naszym kraju, musi być jasne – kto podejmuje decyzje i kto za nie ponosi odpowiedzialność. Stan permanentnej kampanii wyborczej jest fatalny dla kraju, który tak jak nasz wciąż wymaga wielkich reform. Amerykanie dobrze wiedzieli, że na rok przed wyborami prezydenckimi żadna ważna decyzja już nie zapadnie. Ale potem nadejdą lata, nazwijmy je „decyzyjnymi”. U nas ciągle trwa jakaś kampania. Rośnie wtedy oglądalność programów informacyjnych, ale zazwyczaj też deficyt budżetowy, a autostrady jeszcze mniej.


Piotr Kraśko
Dziennikarz telewizyjny. Był korespondentem Telewizji Polskiej w Rzymie i w Ameryce. Przygotowywał relacje z punktów zapalnych na całym świecie, m.in. z Afryki, z zamachów bombowych w Londynie, z czasu tsunami w Azji i huraganu Katrina w Nowym Orleanie. Od maja 2008 roku prowadzi główne wydanie „Wiadomości TVP1”.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Polak oskarżony o gwałt (godz. 10:58)
~: ~Sara napisał:  A ja wiem ze tego nie zrobil bo znim byla

Polak oskarżony o gwałt (godz. 10:54)
~:  

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 07:51)
~Anna Lennox:  Moje życie jest pełne szczęścia, ponieważ DR EDO sprawiło, że

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 17:11)
~Dora Maxim:  Dzisiaj jestem bardzo szczęśliwy z powodu tego, co DR ISIKOLO zrobi

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 11:28)
~toly: Mój były chłopak opuścił mnie i moją córkę od 6 tygodni

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.