prl cooltura
       
Niedziela, 20.10.2019 Ireny, Kleopatry, Witalisa
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Borisconi
Borisconi

Radosław Zapałowski


ostatnia aktualizacja: 2013/12/18 06:00

Przemówienie Borisa Johnsona wygłoszone podczas imprezy zorganizowanej przez Centre for Policy Studies to punkt zwrotny w jego karierze. Burmistrz Londynu nie tylko oblał test na inteligencję polityczną, ale także wyraził skrzętnie skrywaną, prawdziwą ideologię Partii Konserwatywnej.

W czasach kiedy polityk stał się zakładnikiem 24-godzinnego cyklu informacyjnego, swoboda wypowiedzi podlega surowej autocenzurze. Przynajmniej jeśli chodzi o polityczną pierwszą ligę. Działacze orbitujący gdzieś na obrzeżach głównego nurtu mogą sobie pozwolić na oratorskie szaleństwa, gdyż pełnią ważną, choć niedocenianą rolę politycznych błaznów. Są wentylem bezpieczeństwa w napuszonym, poważnym politycznym balonie. I czasem dla równowagi psychicznej wyborców udaje się im ten balon przebić. Dać chwilę wytchnienia od typowego technokratycznego bełkotu, a nawet na nowo rozbudzić ekscytację polityką. Ten czas karnawału nie trwa jednak długo. Prędzej czy później do głosu dochodzą grube polityczne ryby, bo społeczeństwa – z niewielkimi wyjątkami – choć lubią odstępstwa od normy, to ostatecznie władzę oddają w ręce osób przewidywalnych i kompetentnych. A przynajmniej za takie uchodzących. Dlatego też w politycznej pierwszej lidze przemówienia, wywiady, komentarze, nawet tzw. telewizyjne setki są ściśle kontrolowane, monitorowane i poddawane krytycznej analizie przez sztab profesjonalistów od komunikacji. A potem wygładzane do znużenia, tak żeby trafiły w gusta możliwie najszerszego grona ewentualnych wyborców. I chociaż gafy się zdarzają, to jednak ich siła rażenia jest dowodem na to, że zasadniczo są aberracją. Chwilą PR-owskiego zaćmienia politycznego umysłu.

KORWIN I PRZYJACIELE
Prezydent, premier, ministrowie, liderzy partyjni nie mogą powiedzieć niczego, co dramatycznie odbiegałoby od normy. W polityce silnie zsynchronizowanej z działem PR nie ma miejsca na spontaniczność. I kto się tego nie nauczy albo nie zaakceptuje, nigdy nie będzie odgrywał znaczącej politycznej roli. Pozostanie mu zabawa w politycznego błazna, babę z brodą, telewizyjnego celebrytę. Chętnie zapraszanego do studia, barwnego, przykuwającego uwagę, podbijającego oglądalność i napędzającego ruch na internetowym forum, ale w praktyce zupełnie nieistotnego. W Polsce taką rolę pełni wielu polityków, a ich największym symbolem jest Korwin Mikke. W Wielkiej Brytanii księciem politycznych błaznów jest Nigel Farage. Obaj są barwnymi osobowościami telewizyjno-celebryckimi, obaj wygłaszają absurdalne brednie, które przykuwają uwagę i obaj nie mają większych szans na władzę.

W podobny sposób swoją karierę polityczną budował Boris Johnson. Barwny, dosadny, nieprzebierający w słowach, kontrowersyjny, dowcipny – jego błazenada (i koneksje z Eton oraz Oksfordem) katapultowała go z nieważnego, choć sowicie opłacanego felietonisty do elity Wielkiej Brytanii. I od razu zajął miejsce na tronie politycznych klaunów. Jednak co przystoi zwykłemu posłowi, który odgrywa rolę zjadliwego komentatora, nie pasuje do przedstawiciela władzy. A zostając burmistrzem Londynu – wielkiej metropolii o globalnym znaczeniu – chcąc nie chcąc, Johnson wszedł do pierwszej politycznej ligi.

O tym, jakie znaczenie ma Londyn na politycznej mapie Wielkiej Brytanii, świadczy chociażby fakt, że Boris Johnson zaczął być poważnie brany pod uwagę jako następca Davida Camerona i przyszły lider Partii Konserwatywnej. Po swoim przemówieniu, które wygłosił dwa tygodnie temu na spotkaniu zorganizowanym przez neoliberalny think tank Centre for Policy Studies, jego akcje drastycznie spadły.

BIEDNY, BO GŁUPI
Przygotowane wcześniej, co istotne, przemówienie Johnsona, było w głównej mierze wielkim peanem na cześć Margaret Thatcher. Jednak przy okazji pojawiły się kwestie, na których opiera się neoliberalna ideologia, a które nie są specjalnie artykułowane. A przynajmniej nie

w głównym nurcie. I tak burmistrz Londynu mówił, że bogaci „powinni być oklaskiwani niczym stachanowcy w stalinowskiej Rosji”, że „trzeba się uporać z unijnymi dyrektywami w sprawie ograniczania czasu pracy” oraz że „chciwość i duch zazdrości są dobre”, „rozwarstwienie społeczne wspomaga ekonomiczną aktywność”, zaś równość nie jest możliwa, gdyż „16 proc. społeczeństwa ma IQ poniżej 85 i tylko 2 proc. powyżej 130”. Jeśli więc państwo powinno komuś pomagać, to tylko tym wybitnie bystrym. Społeczny darwinizm w czystej postaci, ubrany w oratorskie szaty.

Johnson, prawdopodobnie nie ostrzeżony przez doradców od komunikacji, powiedział to, co naprawdę myśli. I to, co w praktyce myśli większość członków Partii Konserwatywnej oraz wyznawców neoliberalizmu. Bogaci są bogaci, bo są mądrzejsi, lepsi, bardziej zdeterminowani i mają większe ambicje. Społeczeństwo powinno więc ich podziwiać, płacąc uczciwie podatki, aby ci, którzy najlepiej zarabiają, nie musieli tego robić. Biedni zaś są biedni, bo są głupi. I jest to kwestia genetyczna, a nie lewicowe fanaberie o słabym kapitale kulturowym, nierównościach pokoleniowych czy zapóźnieniach edukacyjnych. Jeśli ci się powiodło w życiu, zawdzięczasz to biologii. Jeśli skończyłeś na śmietniku nieudaczników pod Job Center, również miej pretensje do rodziców i genów, jakie ci przekazali. Sukces i porażka zależą od farta w biologicznym kasynie. A tych, którym się nie poszczęściło, powinno się zostawić samym sobie, aby nie psuli zabawy zwycięzcom w ruletce życia, pławiącym się w luksusie i przepychu. To nie jest nic nowego. Tego typu retoryka pojawia się na obrzeżach mainstreamu i na internetowych forach zdominowanych przez thatcherowsko-reaganowskich trolli.

MĄDRY JAK BORIS
Na uwagę zwraca jednak fakt, że te cytaty nie były tylko jakąś retoryką, typowym Johnsonowym słowotokiem mającym uderzyć w lewaków, stymulując przy okazji strefy erogenne prawicy. Te cytaty były kluczowe dla całej argumentacji burmistrza Londynu. Stanowiły istotę jego tezy, że nierówności społeczne są nie tylko nieuniknione, ale wręcz pożądane i konieczne jako motor napędowy ekonomicznego wzrostu. Najgorsze w tym wszystkim jest nie to, że tezy Johnsona są kompletnymi bredniami – w końcu powtarza je cała masa politycznych błaznów spod znaku Korwina – ale to, że jeden z najważniejszych polityków w Wielkiej Brytanii nie rozumie różnicy między udanym, zdrowym i działającym sprawnie kapitalizmem a jego destrukcyjną, wynaturzoną formą, powtarzając komunały i idiotyzmy pasujące raczej do najbardziej intelektualnie zdziczałych miłośników niewidzialnej ręki rynku niż do poważnego polityka marzącego o posadzie premiera.

Same poglądy burmistrza Londynu nie są specjalnym zaskoczeniem. W końcu torysi od początku objęcia władzy tę zdziczałą ideologię z mozołem wprowadzają w życie, maskując prawdziwe zamiary pluszową retoryką. Co dziwi, to czas i okoliczności, w których credo konserwatystów zostało głośno wyartykułowane. Nie wiadomo, jakim IQ może się pochwalić Boris Johnson, a jego niechęć do testowych pytań w telewizyjnym studiu i brak jednej poprawnej odpowiedzi nie mają większego znaczenia. Zresztą jak większość testów na inteligencję, których jakość cyklicznie poddawana jest krytyce. Ale polityczne IQ burmistrza Londynu może budzić poważne wątpliwości. Podobnie jak jego instynkt samozachowawczy. W czasie kiedy zaczęła się kampania wyborcza, tak jasne wykrzyczenie neoliberalnej ideologii to dla opozycji gwiazdka z politycznego nieba. W końcu stratedzy torysów usilnie pracują nad zmianą utrwalonego w społecznym odbiorze obrazu konserwatystów jako partii działającej jedynie dla dobra interesów uprzywilejowanych i bogatych.

Nasty Party pogardzająca tzw. zwykłym człowiekiem i ignorująca postulaty większości to tradycyjny oręż wyborczy Partii Pracy. Wystąpienie burmistrza Londynu to także prezent dla Liberalnych Demokratów marzących o cudzie, który powstrzyma ich polityczną i sondażową agonię. Dotychczasowa próba przedstawienia siebie jako partii, która blokuje najbardziej krwiożercze pomysły torysów, nie dawała zbyt wielu efektów. Słowa Borisa Johnsona mogą jednak ten przekaz znacząco wzmocnić.

Najważniejsze jednak, że wystąpienie burmistrza Londynu na imprezie zorganizowanej przez Centre for Policy Studies stało się decydującym momentem w jego politycznej karierze. Albo spadnie z hukiem z piedestału, wracając do roli błazna, albo wyjdzie z tego zwycięsko. Ale wówczas oznaczałoby to, że byłby brytyjską wersją Berlusconiego, czyli politycznym klaunem, któremu udało się rządzić krajem. Z wszelkimi – najprawdopodobniej tragicznymi – tego konsekwencjami.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:45)
~Florence: Nazywam się Florencja z Londynu. Miałem poważne problemy z męże

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:44)
~Loveth: Nazywam się Loveth z Kanady. Po siedmiu latach kontaktu z nim rozwi

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:41)
~Rose: DR.Sango jest najprostszym pisarzem i pomocnikiem. Nazywam się Rose James.

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:40)
~Betty: Udane świadectwo Beth: „Jak szybko możesz odzyskać byłego partner

Manchester United w końcówce stracił zwycięstwo (godz. 11:21)
~bestdiscocam:

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.