prl cooltura
       
Środa, 26.02.2020 Bogumiła, Eweliny, Mirosława
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Niebezpieczne związki
Niebezpieczne związki

Radosław Zapałowski


ostatnia aktualizacja: 2013/09/24 06:00

Pod wpływem konserwatywnych mediów Ed Miliband próbuje dystansować się od związków zawodowych i reformować wzajemne relacje, pomimo że są one największym, choć niewykorzystanym atutem Partii Pracy.

Z polskiej perspektywy „upolityczniony związek zawodowy” to twór godny potępienia. Wynika to z dziwacznych procesów historycznych, mitologii otaczającej Solidarność, patologicznej sceny politycznej, dominującego wśród polskich elit myślenia neoliberalnego i infantylnego rozumienia sił działających w demokratycznym państwie. Dla Polaków związek zawodowy jest zły nie tylko dlatego, że „hamuje postęp cywilizacyjny”, „uprawia anarchię”, „niszczy gospodarkę”, „dba jedynie o interesy swojej nomenklatury”, ale także dlatego, że „uczestniczy w życiu partyjnym”.

Takie postrzeganie związków zawodowych w Polsce jest efektem przemian lat 90., które złapały Solidarność w polityczną pułapkę. Tożsamość największego związku zawodowego wyrastająca ze starcia z władzami PRL odwołującymi się do tradycji socjalistycznych musiała siłą rzeczy być antylewicowa. Wytworzenie się patologicznej sceny politycznej, na której różnice między partiami dotyczyły korzeni, tożsamości i personalnych animozji, a nie odrębnych wizji polityki społecznej i gospodarczej, nadała Solidarności charakter silnie antykomunistyczny i nacjonalistyczny. Neoliberalne paradygmaty wyznawane przez wszystkich uczestników życia publicznego zamykały możliwość krytyki neoliberalnej polityki rządów Mazowieckiego, Bieleckiego, Olszewskiego, Buzka, a w końcu Kaczyńskiego. W wyniku procesów historycznych i mitologizowania Solidarności jako patriotycznego, antykomunistycznego ruchu doszło do patologicznej sytuacji. W imię walki z „reliktami poprzedniego systemu”, „komunistycznej nomenklatury” czy mglistego „układu” największy polski związek zawodowy popierał, a nawet forsował (za rządów AWS) politykę szkodliwą dla pracowników. To wszystko zakorzeniło w naszej zbiorowej świadomości obraz związków zawodowych działających jako bojówki prawicowych partii. Te uprzedzenia przenosimy do Wielkiej Brytanii, kibicując torysom w politycznych atakach na związki i krytykując Partię Pracy za to, że łączą ją z nimi bliskie relacje. Jednak patrząc z polskiej, spaczonej perspektywy, nie dostrzegamy, że wpływ związków zawodowych na brytyjską politykę jest niewielki. Co niekorzystnie odbija się na sytuacji pracowników na Wyspach.

Większość w mniejszości

Zakończony w zeszłym tygodniu kongres Brytyjskich Związków (TUC) był najbardziej reprezentatywny spośród wszystkich partyjnych konferencji tradycyjnie odbywających się we wrześniu. I chociaż polityczne znaczenie związków cały czas spada, to jednak właśnie one reprezentują brytyjskie społeczeństwo. Według NatCen Social Research, które od 30 lat bada postawy społeczne Brytyjczyków, 61 proc. mieszkańców Wielkiej Brytanii uważa, że należy do klasy robotniczej. Dokładnie tyle samo co w roku 1980.

Pomimo zaklinania rzeczywistości przez Thatcher, Majora, Blaira i Browna, że „wszyscy jesteśmy teraz klasą średnią”, społeczne serce Wielkiej Brytanii wciąż bije w fabrykach i na budowach, a nie w londyńskim City. A związki zawodowe stanowią obecnie ostatni istotny element udziału klasy robotniczej w brytyjskim życiu publicznym. Są głosem większości, który w głównym nurcie brytyjskiej polityki jest ignorowany. Związkowcy mówią o tym, o czym główne partie milczą, a czym żyje większość Brytyjczyków – spadającym poziomie życia, eksplozji krótkoterminowych, wysoko oprocentowanych pożyczek, powszechnej niepewności zatrudnienia, skandalicznie prywatyzowanej opiece społecznej. Zaś polityczne postulaty TUC (Trades Unions Congres) o upaństwowieniu kolei, progresywnym systemie podatkowym, narodowym programie budownictwa mieszkaniowego i zwiększeniu praw pracowniczych zarówno odzwierciedlają poglądy opinii publicznej, jak i wypełniają opozycyjną lukę wytworzoną przez bojaźliwą Labour, która często mówi tym samym głosem co torysi.

Obie partie głównego nurtu ulegają bowiem wpływom wielkiego biznesu i finansistów, budując tym samym władzę korporacyjną podobną do tej w USA. Postawa Partii Pracy jeszcze bardziej zwiększa presję na brytyjskie związki zawodowe, które zmiażdżone przez Margaret Thatcher w latach 80. nie były w stanie zapobiec zwiększającym się nierównościom.

Przez ostatnie 30 lat realne dochody tych znajdujących się na najniższym szczeblu drabiny społecznej spadły o 25 proc. Ci znajdujący się na szczycie (1 proc. społeczeństwa) zwiększyli zaś swoje zarobki o 50 proc. W UK żyje dziś ponad 10 mln osób, których zarobki nie przekraczają 15 tys. funtów rocznie, a zaledwie 25 proc. społeczeństwa osiąga dochód przekraczający 30 tys. Osłabienie i mniejsze znaczenie związków pozwoliło pracodawcom i top menadżerom na uzyskanie dominującej pozycji w stosunku do pracobiorców. Deregulacja rynku pracy, agencje pracy tymczasowej i umowy śmieciowe powstrzymały presję na podwyżki, pozwalając jednocześnie biznesowi na utrzymanie niskich kosztów pracy i zwiększanie własnych wynagrodzeń. Siła związków nie zwiększyła się ani pod rządami Blaira i Browna, ani po tym, jak wybory na przewodniczącego Partii Pracy wygrał Ed Miliband. W praktyce udział związkowców w życiu partyjnym spada. W 1979 r. 40 proc. posłów Labour wywodziło się z klasy robotniczej. Dziś ledwie 9 proc.

Ed w kieszeni Murdocha

Realny wpływ związków zawodowych na kształtowanie polityki Labour pozostaje marginalny. I to pomimo że 113 lat temu Partia Pracy powstała jako związkowy odprysk. Nie przeszkadza to jednak konserwatywnym brytyjskim mediom pod batutą Murdocha atakować Milibanda za to, że „siedzi w kieszeni związkowych baronów”. Presja na lidera Labour, również we własnych szeregach, zwłaszcza ze strony tzw. blairytów – bardziej liberalnego skrzydła partii – na to, żeby ograniczyć współpracę ze związkami zawodowymi, jest ogromna. I Ed po tym, jak zwyciężył w partyjnych wyborach właśnie dzięki poparciu związkowców, aby uwolnić się od tego typu oskarżeń, próbuje dystansować się od związków, a po skandalu w Falfirk (w lipcu związek zawodowy Unite hurtowo rekrutował nowych członków do Partii Pracy bez ich zgody i wiedzy) nawołuje do reformy wzajemnych relacji.

Próby „odzwiązkowienia” Partii Pracy to polityka autodestrukcyjna. Nie tylko dlatego, że związki zawodowe co roku wpłacają na partyjne konta ponad 10 mln funtów, ale także dlatego, że utrata 6 mln związkowców to polityczne samobójstwo. W brytyjskich związkach zawodowych są kadry, specjaliści, idee oraz programy polityczne zbieżne z poglądami opinii publicznej. I to tak bardzo, że według sondażu Populus 69 proc. Brytyjczyków popiera współpracę Labour ze związkami zawodowymi. Związkowi przywódcy cieszą się także znacznie większym społecznym poparciem niż politycy czy liderzy biznesu. Ufa im 41 proc. wyspiarzy, biznesmenom 33 proc., a politykom zaledwie 18 proc. Problem, przed którym staje Miliband, polega na tym, że żadne reformy nie zadowolą tych, którzy chcą „odzwiązkowić” Partię Pracy. Zawsze będzie im mało. Dla brytyjskiej lewicy to śmierć finansowa i polityczna. Pytanie, czy Milibandowi wystarczy odwagi, żeby razem ze związkami zbudować polityczną przeciwwagę dla zamkniętego kręgu władzy korporacji i biznesu, która stanowi dzisiejszy establishment polityczny, czy też ugnie się on pod naciskiem torysów i konserwatywnej prasy, utrwalając go jeszcze bardziej?

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 00:42)
~blessing: To moje świadectwo o dobrej pracy człowieka, który mi pomóg

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 15:33)
~Valentino Emil:  Z obfitości serca usta mówią. Nazywam się Valentino Emil. M

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 11:10)
~caro:  Całkowicie zaufałem Dr Omoogunowi całkowicie od czasu, gdy rozmawi

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 05:31)
~sheri: CHCĘ ZREALIZOWAĆ SWOJE ŚWIADECTWO nazywam się Sheri z USA

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 05:31)
~marry: Proszę, mój drogi przyjacielu, przepraszam za przeczytanie tego pos

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.