prl cooltura
       
Niedziela, 20.10.2019 Ireny, Kleopatry, Witalisa
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Wybierzmy przeszłość
Wybierzmy przeszłość

Radosław Zapałowski


ostatnia aktualizacja: 2013/08/15 06:00

Umowy śmieciowe, niskie koszty pracy i ograniczanie praw pracowniczych stają się siłą napędową brytyjskiej gospodarki. Z wszelkimi tego konsekwencjami.

Historia lubi się powtarzać. I, wbrew słynnemu bon motowi Karola Marksa, niekoniecznie jako farsa. Bez względu na to, czy zatacza koło po raz pierwszy, drugi, czy trzeci, niemal zawsze kończy się to tragicznie. Najpierw David Cameron do spółki z George’em Osborne’em i przy biernej postawie Nicka Clegga cofnął Wielką Brytanię do lat 80. XX wieku, dokonując ekshumacji ekonomicznej myśli Margharet Thatcher i doprowadzając tym samym, w opinii wielu ekonomistów i ekspertów, do gospodarczej stagnacji. Zakopany w politycznym grobie przez krótki okres rządów Labour, a wskrzeszony przez Camerona thatcheryzm zrodził zombie ekonomię. Zainfekowana wirusem Żelaznej Damy polityka cięć budżetowych zamiast postawić ludzi na nogi, zamieniła ich w żywe banktrupy. Zasiłkowych szwędaczy. Teraz do przeszłości wraca brytyjski biznes i sektor publiczny, za punkt odniesienia wybierając XIX wiek, kiedy to prawa pracownicze, ośmiogodzinny dzień pracy, płatne urlopy, chorobowe i związki zawodowe były marzeniem fantastów. Dickensowska degrengolada społeczna znów staje się rzeczywistością.

Wszyscy jesteśmy studentami. Wiecznymi

W Wielkiej Brytanii tzw. umowy zero-hours jeszcze do niedawna były domeną szarej strefy. Agencje pracy tymczasowej i podejrzane firmy korzystały z napływu taniej, zdeterminowanej i zdesperowanej siły roboczej z Europy Wschodniej, żerując na nieznajomości prawa, a zwłaszcza języka przez nowych emigrantów. Desperacja i brak możliwości jakiegokolwiek innego sensownego wyboru zmuszały sporą część z nich do przyjęcia oferowanych warunków zatrudnienia. Polacy oraz przybysze z innych wschodnioeuropejskich krajów dobrze wiedzą, czym charakteryzuje się brytyjska wersja „umowy śmieciowej”. Kontrakt zero-hours zwalnia pracodawcę z wszelkiej odpowiedzialności poza miejscem pracy. Pracownik podlega regulacjom jedynie podczas pracy. Ale w domu może spędzić cały tydzień lub miesiąc, w zależności od tego, czy na jego usługi jest zapotrzebowanie. Musi czekać na telefon. Osobom zatrudnionym na kontraktach zerowych płaci się tylko za przepracowane godziny. Nie otrzymują wynagrodzenia za przestoje, okresy urlopowe ani zwolnienia chorobowe. Nie mają też prawa do świadczeń ani odprawy w razie zwolnienia. Jednego dnia mogą pracować 2 godziny, następnego 12, a potem wcale. Problemem może być uzyskanie Working Tax Credit, a także zasiłku dla bezrobotnych. Bo chociaż telefon od pracodawcy może milczeć kilkanaście dni, to „zerowy pracownik” wciąż jest oficjalnie zatrudniony.

Lobby biznesowe przekonuje, że zerowe kontrakty są dobre dla studentów i młodych pracowni ków, bo dzięki elastycznemu zatrudnieniu i nienormowanym godzinom pracy mają większe możliwości dopasowania pracy do swojego (bogatego) życia prywatnego. Problem tylko w tym, że śmieciowe umowy powoli stają się normą niemal w każdym sektorze i oferowane są nie tylko młodym lub studentom, lecz wszystkim. Dla osób, które są bez pracy przez dłuższy czas, decyzja o podjęciu takiej formy zatrudnienia staje się prawdziwym dylematem. Bo czy nie lepiej pozostać na zasiłku, niż podejmować niepewną, niskopłatną pracę?

Department for Work & Pensions oficjalnie twierdzi, że żaden z bezrobotnych nie jest zmuszany do podpisywania śmieciowych kontraktów. Ale w praktyce presja rządu, aby walczyć z „zasiłkową szarańczą”, powoduje, że bezrobotni po odmowie podjęcia tego typu pracy często tracą świadczenia. Pozbawieni środków do życia, pod ekonomicznym przymusem ostatecznie godzą się na zerowe kontrakty i elastyczną formę zatrudnienia. Podobnie jak inni, dzięki czemu wszyscy stajemy się „studentami”. Prekariatem uwięzionym w dickensowskim koszmarze.

Pracownik mniej niż zero

Brytyjski rząd na problem zerowych kontraktów długo przymykał oczy. Nic dziwnego, skoro według oficjalnych danych Office for National Statistics (ONS) w Wielkiej Brytanii zaledwie 200 tys. osób zatrudnionych jest na umowach śmieciowych. Think tank Resolution Foundation, który stara się zebrać wszelkie możliwe dane w tym zakresie, szacuje, że liczba „zerowych pracowników” przekracza pół miliona. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że według danych byłego ministra zdrowia w rządzie Partii Pracy Andy’ego Burnhama w samym tylko sektorze opieki 300 tys. osób zatrudnionych jest na śmieciówkach, szacunki Resolution Foundation również wydają się zaniżone.

Potrzeba było małej medialnej burzy, żeby brytyjski rząd łaskawie obudził się z letniego letargu i zdecydował „przyjrzeć się problemowi”. Wicepremier i lider Liberalnych Demokratów Nick Clegg po tym, jak dziennik „The Guardian” ujawnił, że Sport Direct 90 proc. swoich pracowników zatrudnia na zerowych kontraktach, podczas konferencji prasowej obiecał „analizę sytuacji”, pomimo że „wierzy w elastyczny rynek pracy”. Tyle tylko, że na analizę może być już za późno. Zerowi pracownicy stali się bowiem kołem zamachowym zombie gospodarki. Na śmieciówki zatrudniani są pracownicy NHS, pałacu Buckingham, galerii Tate, hoteli, restauracji, supermarketów, sklepów odzieżowych, ochrony czy sektora budowlanego. I nawet kiedy w wyniku tego typu praktyk dochodzi do kompromitacji, to nic się nie zmienia. Najlepiej obrazuje to przypadek G4S – globalnego gracza na rynku ochrony, który na czas igrzysk olimpijskich zatrudnił tysiące pracowników na zerowe umowy, a potem nie był w stanie wywiązać się z kontraktu, bo przeszkoleni długo przed igrzyskami ochroniarze, nie mogąc doczekać się pracy, znajdowali inne zajęcia i w końcu, kiedy byli potrzebni, nie odbierali telefonów. Jednak pomimo że w dniu otwarcia olimpiady o środki bezpieczeństwa musieli zadbać żołnierze, a G4S straciło 60 mln funtów, ta korporacja wciąż otrzymuje rządowe kontrakty i dalej zatrudnia na śmieciówki. Bo dla biznesu możliwość ograniczenia praw pracowniczych to raj.

Lepsze jutro było wczoraj

Brytyjscy ekonomiści, socjolodzy i politycy opozycji nieśmiało zaczynają pytać o społeczne i ekonomiczne koszty nowego trendu. Nie trzeba wgłębiać się jednak w analizy. Wystarczy spojrzeć na Polskę, gdzie kapitalizm w swojej najbardziej wynaturzonej, darwinistycznej formie rozwija się od początku lat 90. Stopniowe ograniczanie praw pracowniczych doprowadziło do skrajnego zaburzenia względnej wcześniejszej równowagi rynkowej. Powstała asymetria na linii pracodawca – pracobiorca. Nastąpiło przesunięcie rynku na stronę pracodawców, uczynienie ich w dużej części „panami życia i śmierci”. Feudałami współczesności. To oni konsumują owoce przemian, pracownikom zostawiając jedynie ogryzki. Konsekwencją było obniżenie oczekiwań płacowych Polaków do absolutnego minimum, powstanie atmosfery paniki, troski o fizyczne przetrwanie, a przez to rezygnacja z wielu uprawnień, erozja solidaryzmu społecznego czy wreszcie masowa emigracja. Wzrosły nierówności społeczne, a umowy śmieciowe stały się symbolem młodego pokolenia.

Z ponad jedną czwartą pracujących, którzy są zatrudnieni na tzw. umowach śmieciowych, Polska dzierży rekord Europy. Ale młodych dotknęło to szczególnie. Tylko co siódmy pracujący 24-latek ma normalną umowę o pracę. Wreszcie pojawiło się kolejne wynaturzenie wolnego rynku. Bieda-praca, czyli niemożliwość, pomimo zatrudnienia, zaspokojenia podstawowych potrzeb konsumpcyjnych, a niekiedy nawet biologicznych. Bieda-praca dotyka co piątego polskiego pracownika. Ale młodych ponad dwa razy częściej. Dzisiaj Wielka Brytania idzie podobną ścieżką i raczej nic nie odwróci tego trendu. Zwłaszcza że 60 proc. „zadowolonej większości” w UK (jak ludzi, którzy pieniędzmi i uczestnictwem w wyborach kształtują polityczną rzeczywistość, nazwał kanadyjski ekonomista John Kenneth Galbraith) popiera kontrakty zerowe. W dłuższej perspektywie będzie to miało tragiczne konsekwencje. Również dla nich.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
 ~emigropolak:  Co to za głupia ideologia socjalistyczna podkładana sprytnie przez autora? Ludzie w UK wolą pracować niż siedzieć na kuroniówce. I to jest normalne. Tylko komuchy chcą zasiłków. A pomysly autora socjalistyczne są nienormalne. W Polsce jest kapitalizm? Chyba socjalistyczne zgliszcza, nie kapitalizm. Komuchy Polskę rozgrabiły dlatego jest emigracja. Teraz komuchy polskie się biorą za ulepszanie UK. WYNOCHA!
odpowiedz
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:45)
~Florence: Nazywam się Florencja z Londynu. Miałem poważne problemy z męże

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:44)
~Loveth: Nazywam się Loveth z Kanady. Po siedmiu latach kontaktu z nim rozwi

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:41)
~Rose: DR.Sango jest najprostszym pisarzem i pomocnikiem. Nazywam się Rose James.

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:40)
~Betty: Udane świadectwo Beth: „Jak szybko możesz odzyskać byłego partner

Manchester United w końcówce stracił zwycięstwo (godz. 11:21)
~bestdiscocam:

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.