prl cooltura
       
Piątek, 23.08.2019 Apolinarego, Miły, Róży
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Przemoc domowa
Przemoc domowa

Tomasz Borejza


ostatnia aktualizacja: 2013/07/22 06:00

Co roku do lekarzy na Wyspach zgłasza się 330 tys. osób, które potrzebują pomocy, ponieważ uderzyły się drzwiami od kuchennej szafki lub innym sprzętem domowym, który miał wystarczająco dużo siły i determinacji, by pozostawić obrażenia wymagające lekarskiej interwencji.

Tak w każdym razie informowała reklama społeczna, która została przygotowana przez National Centre for Domestic Violence i miała uwrażliwić Brytyjczyków na powszechność przemocy w związkach. Wybrana liczba była szokująco wysoka, ale i tak o wiele mniejsza niż rzeczywista skala problemu. 330 tys. osób to tylko niewielka część wszystkich, którzy mogliby się na kuchenne drzwi poskarżyć.

Nawet oficjalne i mocno konserwatywne rządowe statystyki mówią, że jest ich zdecydowanie więcej niż milion. Jednak wiele osób wstydzi się przyznać, że sprawcą siniaków jest partner lub – coraz częściej! – partnerka, albo nie uważa, by było w tym coś nienormalnego. Zjawisko jest powszechne, ale publicznie mówi się o nim rzadko.

Dzieje się tak, ponieważ media – na ogół – poruszają ten temat jedynie, gdy wydarzy się coś szczególnie spektakularnego lub pozwalającego na zastosowanie nagłówka nie do ogarnięcia. Czyli? Na przykład gdy 36-letni Jamie Starbuck „zabił i spalił żonę, a następnie pojechał na wakacje za jej pieniądze” („Telegraph”). Lub: „Emeryt (75 l.) pobił żonę (74 l.) na śmierć figurą ogrodową z domu nad morzem, do którego przenieśli się na starość” („Daily Mail”). „Mężczyzna po 30 latach znęcania się pobił żonę na śmierć i jej ciało zawiózł w bagażniku na komisariat” – pisała także moja ulubiona gazeta popularna.

Zresztą tabloidy, ale nie tylko one, w ogóle celują w dobrze sprzedające się zabójstwa honorowe, przemoc będącą udziałem imigrantów lub wydarzenia dające się osadzić w kontekście „benefitowej (przepraszam za język!) patologii”. Efektem tego jest przekonanie, że przemoc domowa to coś, co dotyczy jedynie społecznego marginesu. I coś, co z całą pewnością nie może spotkać nas, a jak już spotka, to lepiej się do tego nie przyznawać. W końcu nikt nie chce uchodzić za margines.

W co czwartym domu...

Tymczasem problem nie dotyczy jedynie marginesu. Przemoc domowa jest zgłaszana na policję średnio co... minutę. Jedno na każde 10 zgłoszeń na policyjny numer alarmowy dotyczy właśnie takich sytuacji, a fachowcy podkreślają, że bójki i inne formy znęcania się są udziałem nawet co czwartej rodziny. Są zresztą miejsca, w których 20 proc. zgłoszeń na policję dotyczy tego, co dzieje się za zamkniętymi domowymi drzwiami.

Według szacunków z Crime Survey of England and Wales ofiarami jest ok. 1,2 mln kobiet oraz 800 tys. mężczyzn na Wyspach. Przekłada się to nawet na kilkanaście (Women’s Aid mówi o 13) milionów  zdarzeń rocznie. Do tego policja często bagatelizuje problemy, choć nie zawsze kończy się na kilku siniakach. Jednym z najgłośniejszych przykładów takich zaniedbań była sprawa 26-letniej Sabiny Akhtar z Manchesteru.

Kobieta zgłaszała na policję, że jej 35-letni mąż zachowuje się agresywnie, kilkakrotnie groził jej śmiercią, a nawet usiłował ją udusić. Funkcjonariusze zrobili jednak to, co zdecydowanie zbyt często robią w takich sytuacjach, a więc zatrzymali Malika Mannana, przemówili do niego „siłą autorytetu” i... wypuścili. Zgłoszenie go zirytowało, a bezkarność rozochociła i wkrótce po wyjściu kolejny raz napadł na Sabinę. Ta po raz kolejny zadzwoniła na policję, która – po raz kolejny (sic!) – zatrzymała napastnika, porozmawiała z nim i go wypuściła.

Cztery dni później Mannan wpadł do domu z nożem i wściekły rzucił się na żonę. Trafił ją w serce i zabił. Dostał „co najmniej” 17 lat, a w raporcie z dochodzenia napisano, że „błędy policji, opieki społecznej oraz prokuratury mogły (sic! – przyp. TB) doprowadzić do śmierci pani Akhtar”. Tylko co z tego?  Kobiet takich jak 26-latka jest o wiele, wiele więcej.

W Wielkiej Brytanii w każdym tygodniu dwie kobiety tracą życie na skutek ataku dokonanego przez partnera lub byłego partnera. Choć trzeba oczywiście podkreślić, że zwykle to nie policja jest winna. Ofiary nawet nie próbują szukać  pomocy i liczą, że jakoś to będzie. Gdyby zamiast tego spróbowały sobie pomóc, to często dałoby się uniknąć tragedii.

Nie tylko biedni i bezrobotni

Jeżeli wierzyć oficjalnym statystykom – a w tym przypadku należy im wierzyć umiarkowanie, ponieważ jest wiele czynników decydujących o niedoreprezentowaniu poszczególnych grup – są dwa najważniejsze czynniki ryzyka, które zwiększają niebezpieczeństwo padnięcia ofiarą przemocy: płeć oraz pieniądze. Najbardziej narażone są niezamożne (poniżej 10 tys. funtów dochodu rocznie), bezrobotne kobiety, które są w separacji, w trakcie rozwodu lub tuż po nim.

Jednak oficjalne dane pokazują jedynie skalę problemu. Gdy chodzi o szczegóły – nie należy im ufać. Przede wszystkim dlatego, że przemoc domowa to rzecz wstydliwa i obarczona szeregiem stereotypów. Dlatego osoby, które mają więcej do stracenia, szukają pomocy, wykorzystując własne środki i omijając publiczne instytucje, lub nie szukają jej w ogóle, bo nie chcą być zaliczane do „patologii” lub nie uznają, by to, co się dzieje, było czymś nienormalnym. W ten sposób nie trafiają do policyjnych statystyk i nie wiadomo, jaki jest zasięg zjawiska w lepiej sytuowanych grupach.

Anna Lipowska-Teutsch, legenda w świecie Towarzystw Interwencji Kryzysowej, opowiadała mi kiedyś o tym tak: – To klasyczny mit. Ofiary nie są z marginesu. To nie są jakieś „specjalne” kobiety. Jest natomiast tak, że w grupach wykluczonych przemoc jest bardziej widoczna, bo one – np. za sprawą pracowników socjalnych – żyją trochę przy otwartej kurtynie. Policja też chętniej ściga takich sprawców. Moim zdaniem im wyższa pozycja społeczna sprawcy, tym większe prawdopodobieństwo, że przemoc w rodzinie nie zostanie ujawniona. Mówiła tak o Polsce, bo tam pracuje, jednak w Wielkiej Brytanii sytuacja wygląda podobnie. Tak jak i stereotypy dotyczące całej sprawy.

Z jedną tylko różnicą. Nad Wisłą nie da się całej sprawy przypisać imigrantom, co niektórzy próbują robić w Wielkiej Brytanii. Co ciekawe jednak i wcale nie tak oczywiste – przemoc domowa nie zna granic etnicznych, choć są grupy, w których przybiera większe nasilenie i ma odmienny charakter. Najlepszym przykładem są „honorowe zabójstwa”. Kobiety żyjące w społecznościach, które uznają taką metodę zmazywania „wstydu” rodziny, są grupą szczególnie narażoną na bycie ofiarą przemocy.

Swoistą ciekawostką – o ile w tym przypadku można mówić o „ciekawostkach” – jest to, jak wiele osób uważa za normalne, że mężczyzna raz na czas „przyłoży kobiecie”. W badaniach przeprowadzonych przez NSPCC (w 2005 r.) .

43 proc. ankietowanych nastolatek deklarowało, że agresja partnera jest czymś akceptowalnym. W nowym sondażu Women’s Aid oraz Refuge aż 15 proc. pytanych dziewcząt w wieku od 16 do 18 lat nie potrafiło się zdecydować, czy uderzenie w twarz jest czymś niewłaściwym, czy raczej nie.

Mężczyźni też są ofiarami

Niewiedza oraz stereotypy związane z tym zjawiskiem powodują, że problemy mają też panowie, ponieważ oni także bywają prześladowani w domu. I to wyjątkowo często. Crime Survey pokazuje, że w ubiegłym roku zarejestrowano ok. 800 tys. takich incydentów. Zgłoszeń przybywa nie tylko dlatego, że panie w Wielkiej Brytanii stają się coraz bardziej agresywne (tego nie możemy być pewni), ale i przez to, że powoli zmienia się stosunek do całej sprawy i będący ofiarami mężczyźni przestają się bać o tym mówić. Co za tym idzie, coraz częściej zgłaszają się na policję lub do służb socjalnych z prośbą o znalezienie tymczasowego lokum. Nastawienie zmienia się jednak powoli i do różnych służb zgłasza się zaledwie co 10. mężczyzna, który jest ofiarą przemocy. Wśród kobiet odsetek wynosi prawie 30 proc. Powodem jest to, że większość obawia się, iż nikt im nie uwierzy lub zostaną wyśmiani. Obawy nie są bezpodstawne, bo to wciąż się dzieje. Choć nie ma się z czego śmiać. W ciągu roku (od kwietnia 2010 do marca 2011) w Wielkiej Brytanii z rąk partnerki lub byłej partnerki zginęło aż 21 mężczyzn. – Wszyscy uważają, że ofiary przemocy domowej to raczej kobiety niż mężczyźni.
– Mówienie o tym to jedno z największych brytyjskich tabu – mówił „Independentowi” Mark Brooks z Mankind Initiativ, która rocznie odbiera ponad 1 tys. telefonów od szukających pomocy panów. Nie może im jednak wiele zaproponować, ponieważ na całych Wyspach w ośrodkach oferujących schronienie ofiarom przemocy jest zaledwie kilkadziesiąt (ok. 50) miejsc dla mężczyzn.

Skąpy jak konserwatywny rząd?

Rząd całkowicie ignoruje kwestię przemocy wobec mężczyzn, a od pewnego czasu coraz mniej obchodzą go także bite kobiety. Jeszcze do niedawna była to sprawa traktowana z dużą powagą i sporymi sukcesami. Odkąd w drugiej połowie lat 90. uznano to za priorytetowy problem, udało się zmniejszyć skalę zjawiska aż o 40 proc. Jednak ten powolny, ale regularny spadek wyhamował w ostatnim czasie, a trend zaczął się nawet odwracać. Jednym z powodów są pieniądze. Tylko w ubiegłym roku wydatki na pomoc zagrożonym kobietom zmniejszyły się w przeciętnym councilu średnio o 45 tys. funtów. W samym Londynie – prawie o 2 mln.
– Uważamy się za szczyt rozwiniętego świata, lecz wciąż w dzisiejszej Brytanii tysiące kobiet oraz dzieci są bite i terroryzowane we własnych domach. A służby powołane, aby im pomagać, znikają – mówiła niedawno Sandra Horley z Refuge. Warto podkreślić, że są to cięcia, które – jak to często bywa – przynoszą efekt odwrotny do zamierzonego. Oszczędza się na czymś, co jest potrzebne, i przez to generuje wydatki wyższe od oszczędności. Kiedy organizacja Women’s Aid podliczyła koszty opieki lekarskiej, która jest udzialana ofiarom agresywnych partnerów, okazało się, że pochłania ona 3 proc. budżetu NHS i daleko przekracza 1 mld funtów rocznie. Do tego dochodzi jeszcze ponad 100 mln funtów wydawanych na zapewnienie pomocy psychiatrycznej koniecznej w radzeniu sobie z problemami wywołanymi przez traumę tego rodzaju. A tych jest multum: od „nerwicy okopowej”, czyli syndromu stresu pourazowego, przez różne formy depresji, po podwyższone ryzyko podjęcia prób samobójczych.

Gdzie szukać pomocy?

Oszczędności nie oznaczają oczywiście, że pomocy nie da się znaleźć. Kiedy potrzebujemy pomocy lub potrzebuje jej ktoś w naszym otoczeniu, można dzwonić na całodobowy numer Linii Pomocy Ofiarom Przemocy Domowej – 0808 2000 247, który jest prowadzony we współpracy przez Women’s Aid i Refuge. Można się też zgłosić do jednego z dziesiątek miejsc rozrzuconych po całej Anglii, których celem jest niesienie pomocy w takich sytuacjach (ich listę można znaleźć na www.womensaid.org.uk), lub do Citizens Bureau Advice, gdzie – zależnie od możliwości – postarają się pomóc lub tylko pokierują dalej.

Wartą wzięcia pod uwagę opcją jest także odwiedzenie najbliższego komisariatu. Natomiast w sytuacjach bezpośredniego zagrożenia nie należy się zbytnio zastanawiać i trzeba dzwonić na policję.

Nie należy też – a jak podkreślają eksperci, to się często zdarza – żałować kata, gdy ten przychodzi do opamiętania i przeprasza. W 99 proc. przypadków jeżeli uderzył raz, to uderzy znowu. Wiara, że znajdziemy się w tym jednym procencie „szczęśliwych”, jest zwykłą naiwnością, która potrafi mieć fatalne konsekwencje. Nie tylko dla bitych. Także dla tych, którzy bicie widzą. Czyli na przykład dla dzieci. 

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
 ~kasia: czesc .mam problem.mam przemoc psychiczna ze strony ojca -wkrotce wyjezdzam do londynu i potrzebuje sie zatrzymac w jakims refugu.znaie jakies dobre adressy.kasia

odpowiedz
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 15:52)
~Hailey Zoran:  Chcę podziękować dr Isikolo, bardzo potężnemu rzucającemu czary

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 17:37)
~Barbara Adam:  Dr Isikolo jest po prostu najlepszym rzucającym zaklęcia i pomocnik

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 08:48)
~Ivona Andrej:  DR ISIKOLO najlepszy internetowy rzucający zaklęcia przywraca moje

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 17:12)
~Shannon: Nazywam się Shannon. Pozdrowienia dla każdego, kto czyta to świadectwo.

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 14:13)
~Katarina Jojkic:  Nigdy nie widziałem wielkiego rzucającego zaklęcia, takiego jak DR

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.