prl cooltura
       
Wtorek, 31.03.2020 Balbiny, Kamila, Kornelii
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Kiedy deszcz pada z nieba…
Arnold Fulton
Kiedy deszcz pada z nieba…

Piotr Gulbicki


ostatnia aktualizacja: 2013/02/03 07:49

Prace konstrukcyjne prowadzone są w Londynie, jednak główna produkcja odbywa się w chińskim mieście Shenzhen. – Zatrudniamy tam ponad 1200 osób, ludzie przyjeżdżają z różnych zakątków kraju. Wybudowaliśmy dla nich specjalne osiedle, do dyspozycji mają klinikę lekarską, pole golfowe, kino… – wylicza Arnold Fulton. Ten mający polskie korzenie, największy producent parasolek na brytyjskim rynku, kiedy ponad pół wieku temu zaczynał swoją działalność, zatrudniał… jedną krawcową, a projektowaniem zajmował się sam.

»Ma 81 lat, jednak nie sposób odmówić mu energii. Nowe pomysły, nowe plany. Założona i kierowana przez niego firma sprzedaje swoje produkty w różnych krajach, na różnych kontynentach. I cały czas się rozwija.

– Czym przebijamy konkurencję? – zastanawia się Fulton. – Jakością, otwartością na nowe trendy, ale przede wszystkim marką, na którą pracowaliśmy latami.

W historii firmy było kilka przełomowych momentów. Jednak bodaj najważniejszym, tym, który wytyczył dalszy kierunek, było pozwolenie uzyskane od brytyjskiej Królowej Matki, dotyczące umieszczania na wszystkich produktach firmy monarszego znaczka.

– Ulubionym modelem królowej była przezroczysta parasolka w kształcie klatki dla ptaka. Na jej zamówienie dostarczyłem do Buckingham Palace osiemnaście, specjalnie przygotowanych na tę okazję, egzemplarzy – wspomina Fulton, dodając, że od tego czasu firma zdecydowanie zwiększyła swoje obroty. Monarszego znaczka używa do dziś, gdyż po śmierci Królowej Matki pozwolenie przedłużyła jej córka i następczyni – Elżbieta II.

Szybkimi krokami

Przedwojenna Częstochowa. Miasto z jasnogórskim klasztorem, miasto zieleni i parków, miasto, w którym znaczny procent ludności stanowili Żydzi. Ojciec Arnolda prowadził zakład krawiecki, jeden z najsłynniejszych i najdroższych w okolicy. Materiały sprowadzano z Anglii, w ubrania zaopatrywali się w nim lokalni notable.

– Miałem beztroskie dzieciństwo. Uczyłem się w prywatnej szkole, do której wspólnie uczęszczali Polacy i Żydzi. Na tle narodowościowym nie było żadnych konfliktów; razem się bawiliśmy, w naszym domu urządzaliśmy przyjęcia, na których nie brakowało muzyki i tańców – wspomina pan Arnold, dodając, że nawet nadciągająca szybkimi krokami wojna nie mąciła zbytnio spokoju. – Jasne, mieliśmy obawy, Hitler wydawał się nieobliczalny. Ale wszyscy mówili, że przecież Niemcy to wykształcony i kulturalny naród, więc czarne scenariusze wydawały się mocno przesadzone.

Nie były. Niemiecka inwazja na Polskę, masowe egzekucje. W 1940 roku w Częstochowie Niemcy zaczęli tworzyć getto. Znalazł się w nim również, razem rodzicami i siostrą, 9-letni wówczas Arnold.

48 parasolek

Jest co oglądać, jest w czym wybierać. Małe i duże, męskie i damskie, kolorowe i jednolite. Różne rozwiązania techniczne, różne koncepcje.

– W wielu kwestiach byłem pionierem. Jako pierwszy zaprojektowałem parasolkę z dziesięcioma niklowanymi drutami, wprowadziłem metalową rączkę ze skórą oraz pochewki. A jednocześnie zacząłem dodawać różne kolory. Na owe czasy była to prawdziwa rewolucja – wspomina Fulton swoją drogę na tron króla parasolek. Drogę, która rozpoczęła się na początku lat 50. ubiegłego stulecia, od dwóch małych pokoików. W jednym on, młody inżynier, projektował nowe modele, a w drugim wynajęta kobieta szyła powłoki. Na brytyjskim rynku istniało wówczas 75 firm w tej branży, w tym 6 bardzo dużych. Po pierwszym roku działalności zakład Fultona przyniósł 100 funtów straty, co było całkiem pokaźną kwotą.

Młody przedsiębiorca zdał sobie sprawę, że aby zaistnieć w tym biznesie, musi wyróżniać się na tle konkurencji. Czymś oryginalnym, nietypowym. Zaprojektował wspomniane wcześniej innowacje, po czym z nowym produktem udał się do jednego z najsłynniejszych domów towarowych – Selfridges.
– Na dzień dobry usłyszałem od kierownika działu, że to się nie przyjmie, bo Anglicy są konserwatywnym narodem, przyzwyczajonym do tradycji. Po długiej rozmowie zgodził się jednak, żebym zostawił na próbę 48 parasolek, a te – jak się okazało – poszły jak woda, sprzedając się w ciągu jednego dnia.
To był przełom, zamówienia pospały się jak z rękawa; Fulton nie nadążał z produkcją. Nie miał wystarczającej liczby ludzi, sprzętu, pieniędzy. Walcząc z czasem, wziął kredyt, zatrudnił nowych pracowników, zwiększył produkcję. Firma zaczęła się rozrastać. Powoli, acz systematycznie, piął się po szczebelkach biznesowej kariery. Po kilku latach sprzedał mały zakładzik w podwórku, ulokowany tuż obok rzeźni, kupując znacznie większy na East Endzie. A trzydzieści lat później na Canary Wharf wyrosła wielka fabryka – z biurem, pracownią projektancką, taśmami produkcyjnymi. Dziś to już historia…

– Od końca lat 60. ubiegłego stulecia jednocześnie rozwijałem biznes w Tajwanie, który obecnie kontynuuję w Chinach. Tam odbywa się główna produkcja, natomiast w Londynie, w zakładzie na Park Royal, prowadzimy prace konstrukcyjne, testując prototypy – opowiada Fulton. Jak przyznaje, były lata lepsze i gorsze, kilkakrotnie brytyjska gospodarka znajdowała się w stanie recesji. Sztuką było się do niej przygotować, przetrwać kryzys i pozostać w branży. Wielu potentatom się to nie udało…

Gdyby wpadł…

Niemiecki żołnierz. Mundur, hełm, karabin. Tego widoku nigdy nie zapomni. – To już koniec – przemknęło mu przez myśl. Chwilę wcześniej ojciec wziął go za kark i wypchnął za druty getta, które chwilę wcześniej sam przeciął. Tak zaczęła się droga Arnolda ku wolności. Niemiecki żołnierz – przekupiony przez ojca – przymknął oko na ucieczkę. Chłopak trafił do mieszkania Janiny Płoweckiej, kobiety związanej z Armią Krajową, pomagającej w ratowaniu Żydów. Potem była podróż pociągiem z Częstochowy do Warszawy, gdzie ukrywał się przez kolejne dwa lata. W różnych miejscach, z różnymi ludźmi. Fałszywe dokumenty wystawione na nazwisko Adam Filipczak wyglądały jak prawdziwe.

Mieszkania, strychy, piwnice. Niebezpieczeństwo czaiło się na każdym kroku, strach był nieodłącznym elementem życia. A to wisiało na włosku. Tak jak wtedy, kiedy przez krótki czas ukrywał się w domu prostytutki współpracującej z polskim ruchem oporu. Kobieta przyjmowała wysokich rangą niemieckich oficerów, a kiedy spali, kopiowała dokumenty, które mieli przy sobie, przekazując je polskiemu podziemiu. Gdyby żydowskie dziecko wpadło w ich ręce…

Po wybuchu Powstania Warszawskiego Arnold, dzięki pomocy uratowanej z getta siostry Soni, wrócił do Częstochowy, gdzie trafił do prowadzonego przez księży zakładu św. Jan Bosko. Nauka, zajęcia sportowe. Na nadmiar wolnego czasu nie można było narzekać, a „Filipczak” szczególnie przykładał się do matematyki i łaciny.

– Nikt nie wiedział, że jestem Żydem, poza księdzem Golikiem, któremu powiedziałem o tym na spowiedzi. Obiecał, że mi pomoże, i dotrzymał słowa. Dzięki niemu bezpiecznie dotrwałem do końca wojny.

Na brytyjskim lądzie

Oglądamy zdjęcia. Te dawne, już pożółkłe, i te nowsze. Rodzina, dzieci, wnuki. Fulton ma trzech synów – wszyscy dobrze wykształceni, na wysokich stanowiskach. Jeden z nich pomaga ojcu w prowadzeniu rodzinnego biznesu. Biznesu, który mimo gospodarczego kryzysu, cały czas się rozwija. W planach są następne inwestycje, a także wejście na nowe rynki – brazylijski, koreański, polski…
To kolejne wyzwania. Wyzwania, których w życiu pana Arnolda nie brakowało. Kiedy w kwietniu 1946 roku na pokładzie statku Ragne przypłynął z Gdyni do Londynu w grupie 130 żydowskich sierot, miał 15 lat i bagaż dziecięcych wspomnień. Przedwojenna Częstochowa, getto, koszmar wojny. Schodząc na ląd, zaczynał kolejny etap, brytyjska stolica stwarzała nowe perspektywy. Skończył studia inżynieryjne na City University London, na kierunku budowa maszyn, po czym znalazł pracę jako konstruktor w firmie Anatola Dorina – tego samego, który przed wojną prowadził fabrykę Skody w Pradze. Pierwsze większe pieniądze Fulton zarobił na skonstruowaniu maszyny… do skubania kur, którą zamówił kontrahent z Republiki Południowej Afryki. Później, po śmieci Dorina, młody inżynier zajął się projektowaniem parasolek, otwierając własny biznes.
– Pieniądze na jego rozkręcenie, 300 funtów, pożyczyła mi mieszkająca w Szwecji siostra Sonia. Po roku działalności firma przyniosła 100 funtów straty i pewnie zająłbym się wówczas czymś innym, gdyby nie słowa siostry, która stwierdziła, iż straciła nadzieję, że spłacę jej dług. To podrażniło moją ambicję. Zaprojektowałem nowe modele parasolek i poszedłem z nimi do wspomnianego już Selfridgesa. To był strzał w dziesiątkę…

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
 ~didi20: Piekna historia ,podziw i szcun dla Pana Arnolda F:)
odpowiedz
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
UKIP za wprowadzeniem zakazu noszenia burki i nikabu (godz. 16:09)
~terepsegway:

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:30)
~Marta Leon:  ŁAŁ!! To jest najwspanialsza rzecz, jakiej kiedykolwiek doświadczy

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 22:00)
~Doretta: O MÓJ BOŻE!!! To z pewnością szokujące i prawdziwe świadectwo

Chelsea dostała zgodę na modernizację stadionu (godz. 09:32)
~Emil: Dobra wiadomość

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:41)
~Jana Alois:  Nie chciałem rozwodu, ponieważ bardzo kocham mojego męża i nie ch

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.