prl cooltura
       
Wtorek, 15.10.2019 Jadwigi, Leonarda, Teresy
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Mimo bólu w moim życiu jestem szczęśliwą kobietą
Mimo bólu w moim życiu jestem szczęśliwą kobietą

Filip Cuprych


ostatnia aktualizacja: 2011/10/21 12:13

Na ekranach kin i telewizorów gości już od ponad 50 lat. Jest jedną z najjaśniejszych gwiazd Hollywood, która swój status zdobyła ciężką pracą i niezwykłym talentem. Wciąż aktywna zawodowo, Linda Evans napisała właśnie książkę „Recipes for Life”, w której dzieli się z czytelnikami nie tylko wybranymi przepisami kulinarnymi, ale także przepisami na życie. Wszystko na podstawie własnych, czasami bolesnych, doświadczeń. Z aktorką, specjalnie dla Cooltury, rozmawia Filip Cuprych.


Filip Cuprych: Niedawno dołączyła pani do grona „Pionierów Telewizji”. Kiedy teraz patrzy Pani na to, jak zmienia się telewizja, nie ma pani wrażenia, że to medium było kiedyś prostsze, czystsze?

Linda Evans: Muszę przyznać, że jestem niezwykle wdzięczna losowi za to, że dane mi było zaczynać karierę te prawie 50 lat temu i że żyłam w takich, a nie innych czasach. Kiedy byłam młodą dziewczyną, młodą aktorką, uwielbiałam prostotę tych czasów, swoistą „zwykłość” wszystkiego i wszystkich. Oczywiście, widzę jak telewizja się zmieniała, widzę jej ewolucję, widzę zmianę w wartościach, starania o widza, bo przecież kiedyś nie było setek kanałów do wyboru (śmiech). Jestem otwarta na wszelkie zmiany, ale szczególnie cenię sobie czasy, w których ja zaczynałam pracę w zawodzie i zdobywałam moje pierwsze doświadczenia.

Ciężko było młodej Lindzie stać się częścią czegoś, co z czasem zmieniło jej życie?
Nigdy nie myślałam o tym, czy moja przygoda z telewizją cokolwiek zmieni w moim życiu. Zawsze byłam strasznie nieśmiałą dziewczyną i nigdy sama nie wybrałabym tego zawodu. Ale w pewnym sensie, życie mnie do tego zmusiło. Po pierwsze, byłam z przyjaciółką na przesłuchaniach i to ona chciała być aktorką. Nie ja. Wtedy mnie zauważono i zaproponowano rolę. Ten moment tak naprawdę zmienił moje życie. To Hollywood mnie znalazł i zatrzymał przy sobie, co jakiś czas dając mi kolejne role do zagrania. Szczerze mówiąc, sama nie wiedziałam jak przestać dostawać kolejne propozycje (śmiech). Po drugie, mój ojciec zmarł kiedy miałam 15 lat. Gdybym nie potrzebowała pieniędzy, gdybym nie musiała już pracować i pomagać mojej rodzinie, to nie traktowałabym aktorstwa poważnie. No, ale nadarzyła się okazja, podniosłam rękawicę i w ten sposób, dość wcześnie zaczęła się moja kariera zawodowa.

I miała też pani niezwykłych mentorów: Barbarę Stanwyck, Johna Forsythe’a.
I nie mogłabym mieć lepszych. W moim życiu pojawili się nagle niezwykli ludzie, którzy zostali ze mną. Wszystko było niezwykle ważną przygodą. Teraz, patrząc na moje początki w zawodzie, widzę istne cuda, które działy się dookoła mnie i których byłam częścią. Oczywiście, wszystko działo się za sprawą ludzi, którzy mnie otaczali i pomagali. To wszystko stwarzało wspaniałe życie i karierę, której ja przecież ani nie chciałam, ani nie planowałam.

To właśnie dzięki telewizji zyskała pani tak ogromną popularność na całym świecie. Szczerze mówiąc, polskiemu widzowi kojarzy się pani przede wszystkim z rolą Krystle Carrington. Łatwo było pani oddzielić Krystle od Lindy? Dla wielu ludzi aktor to ta sama osoba, którą gra.
Przede wszystkim uwielbiałam tę rolę. Uwielbiałam tę kobietę. To, kim i jaka była. I z pewnością nie nadawałabym się do zagrania kogoś innego w tym serialu. Z tym, że problemem nie było może to, że musiałam żyć tak, żeby równać się ze swoją bohaterką. Problemem była sama sława, w której opływał serial. Nie ma takiej możliwości, żeby ...nie wiem... obudzić się pewnego dnia i wyglądać dokładnie tak, jak Krystle. Prawdziwe życie nie miało wiele wspólnego z tym, co wykreowano w „Dynastii”. Do tego potrzebna była grupa ludzi: makijażystów, fryzjerów, stylistów. Owszem, mieliśmy to szczęście, że pracowaliśmy z utalentowanymi ludźmi, którzy tak, a nie inaczej nas stylizowali. I to było cudowne. Ale z drugiej strony, to była tylko gra, nie było się całkowicie szczerym z widzem. Kiedy tylko widziano mnie w sklepie, okazywało się, że to zupełnie inna osoba. I to w pewnym sensie było rozczarowujące, bo ludzie spodziewali się widzieć ją, a nie mnie.

Znudziła panią „Dynastia”? Pytam, bo nie doczekała pani do końca serialu i odeszła. Pomysły się kończyły. Wątek UFO też dla wielu fanów był już lekko niestrawny.
Wydaje mi się, że po 9 latach pracy w „Dynastii”, tak naprawdę chciałam wrócić do normalnego życia, być przeciętną osobą. To zabawne, jak mało zdajemy sobie sprawę z tego, ile radości daje normalne, codzienne życie, aż tę normalność stracimy. Nagle okazuje się, że nie można tak sobie iść na plażę, na zakupy, na spacer, iść do restauracji, pokłócić się z kimś i nie trafić przez to na pierwsze strony gazet. Chciałam nagle być tą Lindą Evans, którą byłam przed rozpoczęciem pracy nad „Dynastią”, wmieszać się w tłum i żyć normalnym życiem. Wtedy wydawało nam się, że ten serial nigdy się nie skończy, że będzie trwał jeszcze wiele lat, bo był tak popularny. Dlatego zrezygnowałam. Później okazało się, że po moim odejściu tak naprawdę wszystko zbliżało się do końca. Ale ja o tym wtedy nie wiedziałam. Gdybym wiedziała, to pewnie bym wytrzymała jakoś do końca. Uwielbiałam współpracę ze wszystkimi aktorami. Byliśmy przecież jedną wielką rodziną. Ale, jak mówię, chciałam wrócić do normalnego, spokojnego życia.

Czasami mówi się, że jeśli aktor poświęci się serialowi, to potem trudno mu znaleźć jakąkolwiek inną rolę. Czy w pani przypadku było tak, że reżyserzy, producenci mówili „Za dużo w Tobie Krystle”, albo „Nie szukamy kolejnej Krystle”?

Szczerze mówiąc, ja sama nie nastawiałam się na zbyt wiele pracy po „Dynastii”. Nie szukałam i nie spodziewałam się ofert. Byłam wdzięczna Aaronowi Spellingowi za sukces „Dynastii”, za sławę, za pieniądze, które zarobiłam. Miałam ten komfort, że mogłam nie pracować. Nie musiałam się o pracę starać, ani zastanawiać się jak związać koniec z końcem. Przewartościowałam swoje życie. Marzyłam o tym, żeby się zakochać, żyć w szczęśliwym związku. I miałam to szczęście, że w moim życiu pojawił się Yanni.

Czy po tych prawie 30 latach rola Krystle Carrington była zbawieniem czy przekleństwem?
Na sto milionów procent zbawieniem (śmiech).
 
Oczywiście, Linda Evans to nie tylko Krystle i „Dynastia”. To także „She’ll Take Romance”, to także „The Last Frontier”. Ale tak na dobrą sprawę, po serialu to jedynie kilka tytułów. Czy to był zamierzony krok w tył?
Zdecydowanie. Zacznijmy od tego, że moim wyborem było nigdy nie wiązać się z telewizją czy filmem (śmiech). Ja niczego nie chciałam. To wszystko samo się działo. Moim wielkim marzeniem było wyjść za mąż i mieć dzieci. Zauważyłam pewną prawidłowość, że kiedy wychodziłam za mąż, odstawiałam pracę zawodową. Moje małżeństwo rozpadało się, wracałam do pracy. Cały czas podkreślam, że nigdy nie chciałam i nie planowałam być aktorką i dlatego za każdym razem, kiedy odsuwałam telewizję i kino na drugi plan, byłam naprawdę szczęśliwą kobietą.

Od czasu do czasu wraca pani do swojej publiczności. Weźmy dla przykładu rok 2006, kiedy to razem z Joan Collins występowała pani w sztuce „Legends”.
Zawsze byłam nieśmiała i zawsze miałam straszliwą tremę, która nigdy nie pozwalała mi występować przed publicznością na żywo. Mój agent wiedział, że wolałabym chyba umrzeć, niż kiedykolwiek wyjść na scenę teatru. No, ale dostałam scenariusz i przeczytałam go tylko ze względu na mojego przyjaciela, który mi go przysłał. I nagle zdałam sobie sprawę z tego, jaka to wspaniała opowieść. „Legends” mówi o dwóch kobietach, które były niezwykle sławnymi aktorkami i nienawidziły się wzajemnie.

Ale różne zbiegi okoliczności pozwalają im poznać się lepiej i ostatecznie zostają przyjaciółkami. Spodobało mi się to, o czym ta sztuka mówi. To, że ma takie, a nie inne przesłanie. To, że największy wróg może zostać twoim powiernikiem. Dotknęło mnie to przesłanie i dzięki temu zgodziłam się zagrać. Poza tym, sama myśl, że jest to też możliwość pokonania strachu przed występowaniem na żywo też była tu decydująca. To była niezwykła możliwość pewnej zmiany w moim życiu i z niej skorzystałam.

Czemu nie przyjechałyście z tym przedstawieniem do Wielkiej Brytanii?
Wydaje mi się, że po 9 miesiącach grania w Stanach, po prostu stwierdziliśmy, że wystarczy (śmiech). Osiągnęliśmy to, co chcieliśmy. I temat został zamknięty.

Jest pani bardzo sławną aktorką, cieszy się pani wielką popularnością, a do tego, sama pani decydowała kiedy pracować, a kiedy nie. Czy to jest właśnie Lindy Evans „Recepta na Życie”?
Oczywiście. Tak, jak i każdego innego człowieka. Na tym polega piękno życia, że sami decydujemy o swoim losie. I to my sami jesteśmy za życie odpowiedzialni.

No tak, ale nie każdy przeżył to, co pani. Nie każdy też może, czy też potrafi radzić sobie z problemami tak, jak pani.
Nie wiem czy robię to w jakiś wyjątkowy sposób (śmiech). Wiem, że jestem zdeterminowana i konsekwentna. Wiem, że kiedy oglądam się za siebie, jestem ze swojego życia zadowolona. Potrafię docenić i szanować wszystko, co się w nim stało. Nawet to, co wielu uznałoby za wyjątkowo trudne i bolesne. Właściwie, wszystko, co mam za sobą, to były możliwości doświadczenia czegoś nowego i nie żałuję ani jednej rzeczy, którą dane mi było przeżyć.

Nie wszyscy wiedzą, że oprócz aktorstwa, ma pani jeszcze jedną pasję: gotowanie. Do tego stopnia, że z jednej strony, gotowanie to niezwykle ważna część pani życia. A z drugiej strony, to też część pani książki.
Odkąd pamiętam, gotowanie było dla mnie bardzo ważne. Zawsze szukałam nowych przepisów, zawsze kreowanie czegoś i częstowanie moich gości było dla mnie wyzwaniem i spełnieniem. Uwielbiam cały proces, od wyszukania czy wymyślania, poprzez zakupy, przez gotowanie, nakrywanie do stołu, serwowanie aż po zmywanie.

Dlatego zdecydowała się pani wziąć udział w brytyjskiej wersji „Hell’s Kitchen” w 2009 roku?
Tak. Poza tym, to była wyjątkowa możliwość współpracować z kilkoma znakomitymi kucharzami. Wszystko było spontaniczne. To była chyba największa przygoda w moim życiu. Poza tym, Marco Pierre White, który był główną postacią programu, był wspaniałym człowiekiem. Uwielbiałam współpracę z nim. Wiem, że producenci programu chcieli, żeby wyglądał na wyjątkowo surowego człowieka, ale on jest cudowną istotą. Wszyscy go szanowali i naprawdę cenili czas, który dane nam było z nim spędzać. Marco jest nie tylko wspaniałym nauczycielem gotowania, ale też filozofem. Ma też za sobą wiele doświadczeń, nie tylko w życiu zawodowym. W jednym z odcinków mieliśmy zabić węgorza. Nigdy wcześniej bym tego nie zrobiła. Ja nawet pająka nie zabijam (śmiech). I dopiero, kiedy dane mi było pracować z nim przez tak wiele dni, słuchać jego pasji, jego filozofii kuchni i kreowania potraw, jego szacunku dla wszystkiego, co go otacza, zrozumiałam dlaczego jest takim, a nie innym człowiekiem, poznałam i zrozumiałam istotę gotowania. Sam program był dla mnie nowością, bo nie wiedziałam co się w tego typu programach dzieje. Byłam przekonana, że za dnia będziemy gotować przez kilka godzin, a potem będziemy jechać do swoich pokoi hotelowych. A tu okazało się, że będziemy zamknięci przez 2 tygodnie w studiu i to będzie nasz dom i nasze miejsce pracy. Taże dla mnie to było coś nowego, niesamowitego. I naprawdę chciałam tam zostać jak najdłużej tylko po to, żeby móc jak najwięcej doświadczyć.

A zgodziłaby się pani wziąć udział w takim programie, gdyby jego postacią centralną był Gordon Ramsey?
Nigdy w życiu (śmiech). To zupełnie inny typ programu. W tym przypadku nie ma mowy o jakiejkolwiek radości z gotowania.

Czy teraz, mając za sobą tak wiele doświadczeń, z czystym sumieniem może pani powiedzieć, że jest pani szczęśliwa?
Jestem szczęśliwa, ponieważ właśnie tak wiele się w moim życiu wydarzyło. Jestem szczęśliwa, ponieważ mam za sobą takie, a nie inne doświadczenia. To, kim dzisiaj jesteśmy to wynik tego wszystkiego, co działo się na mojej drodze życiowej. Każdy z nas jest wizytówką najróżniejszych przeżyć, losów, decyzji. Mam już 68 lat, ale nigdy nie zapominam o nawet najmniejszych radościach, jakie niesie ze sobą życie. Trzeba zawsze stawiać czoła wyzwaniom i szukać powodów do radości i po prostu dopatrywać się tego, co każda chwila niesie ze sobą. Wszystko, co się dzieje w naszym życiu może być zalążkiem czegoś nowego, ciekawego.
 
Czyli, jeśli miałaby pani możliwość cofnąć się w czasie, niczego by pani nie zmieniła?
Absolutnie niczego. Wszystko, co przeżyłam sprawiło, że jestem teraz w takim, a nie innym miejscu, i taka, a nie inna. Oczywiście, wielu ludzi mówi sobie „gdybym mógł cofnąć czas, to czegoś tam bym nie zrobił”. Szczególnie w przypadku tych zdarzeń, które powodowały ból. Ale wydaje mi się, że to, co trudne i bolesne dodaje nam siły i uodparnia nas. Czasami nie mamy na coś odwagi, ale z czasem widzimy zalety wszystkiego, co nas dotyka. Nie, nie zmieniłabym niczego.

I o tych wszystkich doświadczeniach, radościach, bólu, przeżyciach i oczywiście gotowaniu, mówi pani w swojej książce, która ukaże się w październiku tego roku. Dlaczego nasi czytelnicy powinni po nią sięgnąć? Czego mogą się dowiedzieć i być może nauczyć?
Ta książka to oczywiście, opowieść o moim życiu. Wiele wyjaśnia. Tłumaczy dlaczego żyję tak, jak żyję. Tłumaczy dlaczego podejmowałam takie, a nie inne decyzje. Sama też łapałam się na tym, że opisując jakieś zdarzenie z mojego życia, dopiero teraz zaczęłam sobie zdawać sprawę jak silnie się ono wryło w mój życiorys i jak bardzo wpłynęło na moje kolejne decyzje. Dzielę się z czytelnikami swoimi doświadczeniami, mądrościami, których sama się nauczyłam. Ta książka to zbiór krótkich opowieści.

Można ją czytać etapami. Nie trzeba od początku do końca. No i są tam też przepisy kulinarne, którymi chcę się podzielić. Zdecydowanie czuję się spełniona. Moje życie pełne było radości, bólu. Chciałam mieć dzieci, ale moje życie potoczyło się inaczej. Nie mam z kim podzielić się tym, co przeżyłam, więc chcę to zrobić w ten sposób.

 

 

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Izba Gmin przyjęła bez poprawek treść mowy tronowej (godz. 10:41)
~sheadore:

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:26)
~Elise Nicolas:  Cześć wszystkim! Mój ex i ja zerwaliśmy 1 rok i 2 mie

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 06:35)
~Tyron Snel:  Dzięki Dr.Kumola za pomoc w odzyskaniu mojej żony, moja żona zacz

Zwycięstwo drużyny Fabiańskiego nad ManU (godz. 23:19)
~cavechezludo:

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 19:58)
~Rosa Antoine:  DZIĘKUJE dr Isikolo ZA PRZYWRÓCENIE MEGO SZCZĘŚCIA I RODZIN

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.