prl cooltura
       
Niedziela, 20.10.2019 Ireny, Kleopatry, Witalisa
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Świat patrzy na Grecję
Świat patrzy na Grecję

Stanisław Koczot


ostatnia aktualizacja: 2011/07/04 07:05

Grecja zawsze była rozpolitykowana. Jeszcze kilka lat temu polityczne emocje Ateńczyków znajdowały ujście w kawiarnianych dyskusjach i uniwersyteckich sporach. Teraz przeniosły się na Plac Konstytucji przed parlamentem. W tym tygodniu Ateny rozgrzane są do czerwoności. Nic dziwnego: greccy politycy podejmuje kluczowe dla tego kraju decyzje, a Unia Europejska zastanawia się, czy nadal aplikować grecką kroplówkę, czy w końcu ją odciąć. Ratowanie bankruta pochłonęło już dziesiątki miliardów euro i ciągle nie widać dna.

Jeżeli Grecy nie zdecydują się na radykalne oszczędności, UE zakręci im kurek z pieniędzmi. Bez gotówki z Brukseli Grecja już w lipcu ogłosi bankructwo. Nie będzie miała wyjścia, bo w połowie nadchodzącego miesiąca musi oddać część długów. A w kasie nie ma ani grosza.

Mały kraj, wielki problem

Co się stało, że ten niewielki 11-milionowy kraj, stał się jednym z najważniejszych tematów rozmów Brytyjczyków, Amerykanów, Niemców, Francuzów? O problemach jego gospodarki mówi prezydent Barack Obama, premier Wielkiej Brytanii David Cameron, kanclerz Niemiec Angela Merkel. Ateny rozregulowały światowe rynki walutowe, a giełdy reagują na oświadczenie premiera  Grecji George Papandreu tak, jakby szykowały się do globalnej wojny. Z powodu Grecji słabnie euro, tracą na wartości europejskie giełdy, spada wartość złotego.

Powód greckiej histerii jest jeden: ten kraj jest częścią strefy euro, jeżeli upadnie, pociągnie za sobą innych. Jego bankructwo może oznaczać panikę na rynkach finansowych. Jeżeli banki wpadną w popłoch, przestaną pożyczać pieniądze państwom należący Unii podejrzanym o kłopoty podobne do greckich. A takie kraje, jak Portugalia, Irlandia, Hiszpania czy Włochy potrzebują  gotówki, bo ich sytuacja wcale nie jest dużo lepsza niż Aten. Każde z tych państw jest potężnie zadłużone, a ponieważ ich gospodarki są większe niż Grecja, ich problemy spowodują większe turbulencje. Na ich ratowanie Unii na pewno nie wystarczy pieniędzy. Lawina, jaką uruchomi Grecja, może za jednym zamachem pogrzebać wspólną walutę, strefę euro i Unię Europejską.

Jest jeszcze druga strona medalu. Na bankructwie Grecji gigantyczne pieniądze stracą banki, które przez lata pożyczały Grekom grube miliardy. Najwięcej, bo aż 56,7 mld dol., winne są Ateny Francuzom, a 34 mld dol. Niemcom. Na trzecim miejscu jest Wielka Brytania, której Grecja powinna oddać 14,1 mld dol. Bankowi liderzy to francuski BNP Paribas (pożyczył Grekom 5 mld euro), belgijsko-francuska Dexia (3,5 mld euro), niemiecki Commerzbank (3 mld euro), holenderski ING (2,4 mld euro), a także Deutsche Bank (1,6 mld euro). Tony greckich obligacji zalegające skarbce wielkich instytucji finansowych z dania na dzień staną się bezużyteczną makulaturą; banki będą musiały wykreślić je ze swoich ksiąg, a to oznacza, że zamiast zysków w ich bilansach pojawią się straty. Jak zareagują na to giełdy, co się stanie z euro? Na pewno finansowa konstrukcja Europy zatrzęsie się w posadach, pytanie tylko, jak szybko się podniesie.
Co gorsza, kłopoty  BNP Paribas czy Deutsche Banku mogą być tylko wierzchołkiem góry lodowej. Według brytyjskiego ekonomisty Danny’ego Gabay z firmy Fathom Financial Consulting, niewypłacalność Grecji oznaczałaby dla brytyjskich instytucji finansowych stratę sięgającą… 366 mld funtów. To aż 24 proc. produktu krajowego brutto. Po przeliczeniu na głowę każdego Brytyjczyka, wychodzi 14 460 funtów. Gabay twierdzi, że sednem problemu nie są pożyczki dla Grecji, lecz oparte na nich instrumenty pochodne, tzw. derywaty. Te specyficzne produkty finansowe to jedno z najbardziej zabójczych narzędzi spekulacyjnych. To one stały się jedną z przyczyn światowej zapaści przed dwoma laty. - W ciągu dziesięciu  lat poprzedzających obecny kryzys londyńskie City bardzo się wzbogaciło na sprzedaży instrumentów pochodnych, związanych z pożyczkami dla Grecji. Teraz musi wypić piwo, które samo sobie nawarzyło – powiedział Gabay w telewizji Channel 4.

To tylko jeden z elementów czarnego greckiego scenariusza. Takich szokujących układanek jest coraz więcej. Autorem jednej z ostatnich jest  Andrew Lilico, ekonomista firmy Europe Economics i członek gabinetu cieni brytyjskiej Komisji Polityki Monetarnej. Najciekawsze elementy jego wersji, to nacjonalizacja wszystkich banków w Grecji, wprowadzenie przez Ateny stanu wojennego, niewypłacalność banków we Francji i Niemczech, niewypłacalność Europejskiego Banku Centralnego, gigantyczne problemy Portugalii i Hiszpanii, kłopoty banków brytyjskich…

Przesada? Raczej nie. Według Alistaira Darlinga, byłego ministra finansów Wielkiej Brytanii,  dla pomocy Grecji nie ma alternatywy, ponieważ usunięcie jej z eurostrefy wywołałoby chaos na rynkach finansowych, który z kolei mógłby pogrążyć inne kraje. W podobnym duchu wypowiada się Ben Bernanke, szef Fed – potężnej amerykańskiej instytucji nadzorującej rynki finansowe w USA: nierozwiązanie greckich problemów może stworzyć zagrożenie dla europejskiego i światowego systemu finansowego i dla politycznej jedności Europy.  Greckie problemy odczuwają już nawet bogu ducha winne kraje, takie jak Polska, Czechy czy Węgry, które ani ze strefą euro, ani tym bardziej z zadłużoną Grecją nie mają nic wspólnego. Ponieważ jednak należą do tzw. rynków wschodzących, inwestorzy traktują je jak kraje podwyższonego ryzyka. A w czasach niepewności, takich jak teraz, oznacza to, że wycofują swoje kapitały do bardziej przewidywalnych państw – do USA czy do Szwajcarii – stąd częste i gwałtowne osłabienia złotego. Najmocniej polska waluta traci wobec szwajcarskiego franka, bo jest on uważany za bezpieczną przystań, nawet w porównaniu z dolarem. Kiedy frank się umacnia, traci polska waluta.

Strach o przeszłość

Nic dziwnego, że stolice europejskie chcą uchronić Stary Kontynent przed pożarem. Akcja ratunkowa dla Grecji zaczęła się już w zeszłym roku, jednak pakiet pożyczek od UE i Międzynarodowego Funduszu Walutowego – 110 mld euro na lata 2010-2012 wypłacane w pięciu transzach  – na pewno nie wystarczy. Konieczne będą następne pieniądze, prawdopodobnie takie same, o ile nie większe. O nie teraz toczy się gra w Brukseli i w Atenach.

Unia da je wtedy, jeżeli parlament grecki zdecyduje się na kolejne oszczędności. Okazało się, że poprzednie, wprowadzone w zeszłym roku, nie wystarczą. Grecka gospodarka, chociaż zmniejszyła długi, jest niekonkurencyjna, zbyt droga, a w związku z tym generuje za małe zyski by samodzielnie spłacić swoje zobowiązania wobec wierzycieli i do tego zarabiać na siebie. Długi Aten sięgają ciągle 330-340  mld euro.

Kolejne wyrzeczenia nie będą łatwe. Czy Ateny dadzą radę? Aż 69 proc. Greków uważa, że umowa z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i z UE nie była dobrym rozwiązaniem, a 33 proc. protestuje na ulicach.  W Grecji wrze. Bezrobocie przekroczyło już 16 proc., wydatki socjalne  i emerytury spadły o 10 proc. Benzyna kosztuje 1,70 euro za litr, pięciolitrowa puszka oliwy – minimum 16 euro (jeszcze niedawno 12 euro). Następne oszczędności oznaczają dalsze zwolnienia, obniżenie pensji, wycinanie kolejnych bonusów.

Atmosfera jest tak gorąca, że wystarczy iskra, by doszło do wybuchu.  Kraj targany jest strajkami, związki zawodowe wzywają do protestów a opozycja ostro krytykuje rząd Papandreu. Jednak wezwania do rewolty nie padają.  Owszem, nie brakuje trybunów zagrzewających do walki, ale na razie to tylko słowa podkręcające atmosferę. Takie, jak apel Mikisa Theodorakisa, 85-letniego autora słynnej muzyki do „Greka Zorby", który kilka dni temu wezwał Greków do rewolucji.

Jednak rząd Papandreu nie ulega naciskom ulicy i twardo trzyma się swojej strategii. Wiadomo – bez pieniędzy z zagranicy Grecja nie ma przyszłości.

Ostatnia prosta

Swój udział w podgrzewaniu greckiego kotła mają nie tylko Grecy, ale i Europejczycy. Problem polega na tym, że Bruksela nie mówi jednym głosem w sprawie Aten. Ratować bankruta czy czym prędzej wyrzucić go a ekskluzywnej euro grupy? Za takim rozwiązaniem opowiada się aż 70 proc. Niemców. Angela Merkel nie może przejść obojętnie wobec tych nastrojów, bo  Berlin jest  największym płatnikiem netto do unijnego budżetu. A to znaczy, że każdy plan pomocowy UE zawiera dużą część podatków niemieckich.

Do greckiej krucjaty nie zamierzają włączyć się Brytyjczycy. Premier David Cameron uważa, że wystarczy brytyjski wkład do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który również udziela pożyczek Grekom. Londyn jednak kibicuje Brukseli, bo na rynek krajów wspólnej waluty trafia ok. 40 proc. jego eksportu. Turbulencje w eurostrefie to kłopot również dla firm brytyjskich.

Atenom nie zamierzają pomagać Czechy. Według Pragi, kłopoty Grecji powinna rozwiązać we własnym gronie strefa euro, a nie cała Unia.

Jak zakończy się ten grecki dramat? Ostateczne decyzje UE ma podjąć na początku lipca. Zwycięży albo obawa przed trudnymi do przewidzenia konsekwencjami upadku jednego z państw euro strefy, albo zimna kalkulacja, według której nie warto ratować bankruta, który i tak nigdy nie odda długów. Jaka by decyzja nie zapadła, jedno jest pewne: Europa stanęła przed jednym z najtrudniejszych problemów od czasów upadku muru berlińskiego.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
 ~bronek:  Panie Koczot

po przeczytaniu Panskiego tekstu polecam artykul innego publicysty Pana Michalkiewicza jako przyczynek do dyskusji.
Zamieszczam go w calosci jako cytat

W bankructwie nadzieja

Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    24 czerwca 2011

Co się dzieje z tymi wszystkimi cywilami? W Tunezji wiadomo; mieli tam tyrana, który wszystko sam pozjadał, więc dla tamtejszych młodych, wykształconych nic już nie zostało. A jak nic już nie zostało, to wiadomo - zbuntowali się przeciwko tunezyjskiemu tyranowi. W sukurs pośpieszyli im tyrani z Francji i Italii. Oni też grabią swoich cywilów na potęgę, ale co innego cywile tunezyjscy, czy, dajmy na to - libijscy, a co innego hiszpańscy, czy greccy.

Musi być jakaś zagadkowa różnica, bo o ile w obronie libijskich cywilów przed tamtejszym tyranem Muammarem Kaddafim NATO ciska bomby i strzela strzałami, a do cywilów tunezyjskich i egipskich wysyła a to naszego Kukuńka, a kiedy już nacieszą się Kukuńkiem - to wtedy wysyła ministra Sikorskiego. Z nim dopiero mają uciech co niemiara; a to zrobi marsową minę, a to nauczy demokracji, słowem - jedna przyjemność goni drugą.

Tymczasem cywile greccy i hiszpańscy też nieźle dokazują, a NATO jakby tego nie widziało; ani jednej bomby, ani jednego strzału - chyba, że bez prochu. A przecież i w Tunezji i w Libii chodzi o to samo; cywile buntują się przeciwko tyranom. No tak - ale tyran tyranowi nierówny; w takiej dajmy na to Tunezji, tyran wszystko chciał zjeść sam, to znaczy - nie chciał podzielić się z lichwiarską międzynarodówką. Libijski tyran zdaje się jeszcze gorszy; nie dość, że szura lichwiarskiej międzynarodówce, to jeszcze podjudził córkę, by pozwała NATO przed niezawisły sąd. Ładny interes! Co teraz będzie, jeśli niezawisły sąd nakaże, by NATO się rozbroiło? Zresztą nie martwmy się o NATO; już tam niezawisłe sądy krzywdy mu nie zrobią - co przewidział jeszcze w XIX wieku Adam Mickiewicz, wkładając w usta Klucznika Gerwazego te spiżowe słowa: „wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie!

Wróćmy do różnicy między tyrany; otóż o ile tyranowie północnoafrykańscy albo szurają, albo brużdżą lichwiarskiej międzynarodówce, to tyranowie greccy i hiszpańscy międzynarodówce owej nadskakują i gotowi są wycisnąć ze swoich niewolników nie tylko krew, pot i łzy, ale wszystkie inne cielesne sekrecje, żeby tylko ją udelektować. Po co lichwiarzom te wszystkie sekrecje organizmu ludzkiego - tajemnica to wielka, bo wskazywałaby na to, że są oni nie tylko krwiopijcami. Dlatego i NATO ani tym tyranom nie robi krzywdy, ani greckim czy hiszpańskim niewolnikom.

Przyczyny tej chwalebnej powściągliwości objaśnił był w swoim czasie Janusz Szpotański malinowymi ustami Carycy Leonidy: „niszczyć swą zdobycz? - kakij smysł?” Jakby NATO, dajmy na to, zbombardirowało Hiszpanów na Puerta del Sol, czy Greków w Atenach, to kto by potem wypracował dla lichwiarskiej międzynarodówki odsetki?

A tymczasem cały świat, a w każdym razie - cała Europa wstrzymuje oddech w obawie przed bankructwem Grecji. Bankructwo - straszna rzecz, jednak z drugiej strony - „zdrada panowie, ale stójcie cicho!” Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wyobraźmy sobie, że Grecja rzeczywiście bankrutuje, to znaczy - ani nie wykupuje obligacji, ani nie płaci odsetek, słowem - „trup baronowo, grób baronowo, plajta, klapa, kryzys, krach!” I co się dzieje? Starsi pewnie pamiętają sławną piosenkę Andrzeja Rosiewicza z czasów pierwszej komuny, to znaczy - strajków z roku 1980 - o zachodnich bankierach: „Legitymację partyjną oddał Wincenty Kalemba, a tam zachodnim bankierom włosy stają dęba”. Chodziło o to, że popożyczali mnóstwo forsy najmiłościwiej nam panującemu Edwardowi Gierkowi i kiedy las birnamski ruszył z posad, tknęło ich straszliwe podejrzenie, że zbuntowany lud pokaże im gest Kozakiewicza: widziały gały, komu pożyczały. Na szczęście dla nich lewica laicka wyszlamowała łatwowierny naród tubylczy i teraz szykuje się do operacji kolejnej.

Cóż zatem lichwiarze mogą zrobić złego Grecji? Ano, zamrożą, dajmy na to, wszystkie aktywa greckiego rządu. Ale czy zbankrutowany grecki rząd ma w ogóle jeszcze jakieś aktywa? Nawet jeśli ma, to czort z nim; niech mu zamrażają. Bo przecież rząd - to jedno - a obywatele Grecji - to całkiem inna sprawa. Każdy z nich czymś się zajmuje; jeden uprawia winorośl i produkuje znakomite wino, inny - tłoczy oliwę, jeszcze inny - prowadzi hotel dla turystów - i tak dalej i temu podobnie. Oni żadnych pieniędzy od lichwiarzy nie pożyczali, więc i lichwiarskiej międzynarodówce nic ani do ich własności, ani do ich dochodów, ani też - do ich przedsiębiorstw.

Na wszelki wypadek NATO, jeśli w ogóle chce być jeszcze do czegoś obywatelom przydatne, mogłoby dać lichwiarzom rewolwer do powąchania. Zatem mimo bankructwa greckiego rządu nadal młyny mogą mleć zboże, tłocznie - tłoczyć oliwę, rzeźnicy - sprzedawać mięso, elektrownie - dostarczać prądu, fabryki - produkować towary na rynek, słowem - gospodarka nadal może funkcjonować. Problem będzie miał rząd i ci, którzy od rządu dostawali forsę. Rząd bowiem, nie mogąc się zapożyczać, będzie musiał drastycznie ograniczyć wydatki. Ale przecież właśnie o to chodzi, żeby rząd drastycznie ograniczył wydatki i to nie tylko na pasożytów, którzy dzięki niemu rozmnażają się w postępie geometrycznym, ale również na te dziedziny, którymi wcale nie powinien się zajmować; ochrona zdrowia, edukacja, działalność charytatywna...

Przy rutynowo funkcjonujących procedurach demokratycznych zmuszenie rządu do redukcji tych wszystkich wydatków graniczy z niepodobieństwem, bo przecież pasożytująca na państwie szajka polityków nie tylko na to nie pozwoli, ale w dodatku zręcznie zmobilizuje setki tysięcy, a może nawet miliony idiotów przekonanych że rząd powinien się wszystkim zajmować, a ci, wbrew własnemu interesowi, w podskokach „biegną za orkiestrą, co gra capstrzyk królom”.

Ale w sytuacji, gdy rząd przestanie być rozdawcą forsy, procedury demokratyczne mogą z dnia na dzień stracić swoją atrakcyjność („ustrojona w purpury, kapiąca od złota nie uwiedzie mnie jesień czarem zwiędłych kras, jak pod szminką i pudrem starsza już kokota, na którą młodym chłopcem nabrałem się raz” - pisał generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski), więc i zmiana modelu państwa z socjalnego na wolnorynkowy, nagle staje się możliwa - bo co innego, gdy rząd drze podatki i kusi socjalem, a co innego, gdy już tylko drze.

W takim momencie jest szansa, że nawet najgłupszy zrozumie, iż im mniej rząd będzie się nim zajmował, tym dla niego lepiej - a to znaczy, że pojawia się też szansa by dokonać zmiany modelu państwa bez uciekania się do recepty Kisiela, by „wziąć za mordę i wprowadzić liberalizm” - tylko przy zachowaniu, a nawet swoistym wzmocnieniu ustroju republikańskiego. Wzmocnieniu, bo rządowy klientyzm raczej ustrój republikański osłabia, podczas gdy samodzielni ekonomicznie obywatele raczej go wzmacniają. Zatem Grecy - bankrutujcie jak najprędzej!

Stanisław Michalkiewicz




odpowiedz
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:45)
~Florence: Nazywam się Florencja z Londynu. Miałem poważne problemy z męże

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:44)
~Loveth: Nazywam się Loveth z Kanady. Po siedmiu latach kontaktu z nim rozwi

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:41)
~Rose: DR.Sango jest najprostszym pisarzem i pomocnikiem. Nazywam się Rose James.

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 10:40)
~Betty: Udane świadectwo Beth: „Jak szybko możesz odzyskać byłego partner

Manchester United w końcówce stracił zwycięstwo (godz. 11:21)
~bestdiscocam:

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.