prl cooltura
       
Środa, 22.01.2020 Dominiki, Mateusza, Wincentego
| Startuj z nami | Dodaj do ulubionych
Rewolucję robią dziwacy
Bronisław Komorowski
Rewolucję robią dziwacy

Rozmawiała Sylwia Milan


ostatnia aktualizacja: 2008/11/30 15:57

Do ministerialnego biurka droga rzadko wiedzie prosto z podziemia, bo rewolucjonista najczęściej nie potrafi odnaleźć się w wywalczonej przez siebie rzeczywistości. Bywają jednak wyjątki. Oto jeden z nich – marszałek Sejmu Bronisław Komorowski.

Jak dziś ocenia pan swoje poglądy z 1989 roku?

Jako kompletnie niedojrzałe i niemądre.

Ile, przepraszam, miał pan wtedy lat?

37.

Dlaczego sądził pan, że Okrągły Stół jest błędem?

W 1989 roku byłem politycznym radykałem. Uważałem, że dogadywanie się z komunistami pozbawi elity podziemia atutu autentyczności. O słuszności własnych racji byłem przekonany do tego stopnia, że nie uczestniczyłem w wyborach z 4 czerwca 1989 roku. Bojkotowałem je razem z całym moim środowiskiem, które problem niepodległości stawiało czasami mocniej niż problem demokracji. Fakt niedopuszczenia do głosu znacznej części środowisk, tzw. niepodległościowych, w moim rozumieniu osłabiał wiarygodność całego porozumienia.

Kto jeszcze, wraz z panem, nie uczestniczył w pierwszych wolnych wyborach?

Tadeusz Mazowiecki, Aleksander Hall, Władysław Siła-Nowicki. Jednak potem bardzo szybko okazało się, że przemiany zdecydowanie idą w dobrą stronę. Na naszych oczach rozsypał się system, nie tylko w skali Polski, ale i całego Układu Warszawskiego.

Jaką alternatywę wobec Okrągłego Stołu miała pańska grupa?

Jedni organizują Okrągły Stół, a my kontynuujemy naszą rewolucję.

Która trwa do jakiego momentu i czym się kończy?

Zakładaliśmy, że eksperyment porozumienia z komunistami zakończy się katastrofą, więc ktoś musi być przygotowany do kontynuacji walki.

To była walka dla samej walki i wykończenia wroga?

Nie, to była walka o niepodległość, wolność, demokrację.

I w którym momencie uzyskujemy wolność?

A pani sądzi, że o wolność walczy się z jakimkolwiek planem, tak?

Nie wiem, ja nie walczyłam, pytam fachowca.

Proszę pani, to była pewna postawa, radykalna, ale dosyć szlachetna. Dziś patrzę ze zdziwieniem na tych, którzy siedzieli przy Okrągłym Stole, a teraz go krytykują. Ja przy nim nie byłem, ale jestem za niego wdzięczny. Przyjmując postawę radykała, sam siebie skazywałem na marginalizację życia politycznego.

Kto pana wyciągnął z „marginesu”?

Mój serdeczny przyjaciel z podziemia, Aleksander Hall, minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Również sam Tadeusz Mazowiecki, z którym znałem się z obozu internowania w stanie wojennym w Jaworzu. Dostałem propozycję stanowiska w Urzędzie Rady Ministrów, którą przyjąłem chętnie, ale tylko dlatego, że od osób dla mnie wiarygodnych. Byłem jeszcze w podziemiu. Dosłownie. W podziemnej drukarni wytarłem ręce z farby, fartuch odwiesiłem na gwoźdź, przestałem być rewolucjonistą, a zostałem etatowym pracownikiem administracji państwowej.

Jaki procent opozycji stanowili tacy radykałowie jak pan?

Nie podejmuję się obliczeń, ale na pewno marginalny i na szczęście, bo to porozumienie było znakomitym politycznym interesem. Tak czasami bywa, że rewolucjonista staje się konserwatystą, tym bardziej, że w warunkach polskich konserwatyści z przymusu byli rewolucjonistami, bo rewolucja polska była de facto w obronie wartości wiary, rodziny, tradycji narodowych, jak najbardziej konserwatywnych.

Ciekawa ta pańska historia. I pomyśleć, że są osoby, których losy wyglądały odwrotnie, bo mimo aktywnej działalności do 1989 rokiem nie wchodziły do głównego nurtu politycznego w III RP. Czy była jakaś selekcja, czy to indywidualne, osobiste decyzje?

Ogromna większość nie poszła do polityki, bo lepiej się czuła w roli buntownika. Ci, którzy poszli, też podlegali bardzo głębokiej selekcji. Jeśli pani prześledzi życiorysy niektórych podziemnych działaczy, to widać, że oni z trudem odnajdowali się w rzeczywistości, którą wywalczyli. Często dzielili los politycznego brojlera. Szybko rośli, ale byli ciency w nogach, w wiedzy o państwie, prawie. Z dumną podkreślić trzeba, że wśród elit, które po 1989 roku przebudowały Polskę, absolutna większość to są ludzie z przeszłością podziemia antykomunistycznego. Trzeba to mówić, bo niekiedy prawo do dumy z tych przeobrażeń jest nam odbierane przez tych, którzy nie zgrzeszyli walką. Pochodzą ze środowiska reformatorów PRL-u albo są różnej maści frustratami, którzy nie odnaleźli się w polityce demokratycznej i mówią o złym pochodzeniu III RP oraz rzeczach nieudanych. Wie pani, każdy przypadek jest inny. Im starszym jestem człowiekiem, tym bardziej dociera do mnie fakt, że ogromne znaczenie miał przypadek. Jak zawsze w życiu. Pamiętam rozmowę z gen. Florianem Siwickim, jednym z głównych autorów stanu wojennego, dzięki któremu poszedłem siedzieć. Potem był moim przełożonym w Ministerstwie Obrony Narodowej.

Jak układały się wasze relacje?

Ja go ciekawiłem jako antykomunista, człowiek „Solidarności”. Kiedyś porozmawialiśmy bardzo szczerze. Powiedział mi wtedy: „Wie pan co, tak się zastanawiam nad własnym życiem i wiem, że gdybyśmy wtedy zdążyli do Andersa, to ja nie byłbym komunistą. Pewnie mieszkałbym dzisiaj w Londynie. A myśmy po prostu nie zdążyli do niego. Jechaliśmy z Syberii. Wylądowaliśmy w I Dywizji Berlinga”. O całym jego życiu zadecydował przypadek. Trzeba mieć pokorę, żeby oceniać innych i własne życie. Pani pyta o indywidualne decyzje. Jednym zabrakło szczęścia, innych przypadek popchnął w drugą stronę. Była też trzecia kategoria rewolucjonistów, którzy nie nadawali się na urzędników państwowych. Rewolucję w 90 procentach robią dziwacy albo szaleńcy. Tak zawsze było i tak będzie, bo normalny człowiek nie porywa się z motyką na słońce. Trzeba być bożym szaleńcem.

Ile miał pan w sobie wtedy szaleństwa?

Dużo. Byłem wychowany w przekonaniu, że jestem skazany na los więźnia, straceńca, partyzanta, bo tak u mnie w rodzinie się układało. Co pokolenie ktoś szedł na wojnę, ginął, szedł do więzienia albo jakiś inny zły los go spotykał. Byłem na to przygotowany.

Pierwszy rząd po 1989 roku trwał tylko 16 miesięcy, ale uruchomił wielkie zmiany. W jakiej mierze to zasługa czasu, a w jakiej ludzi?

To rząd niebywały w pracy i ciekawej postawy, romantycznej, wynikającej z woli i chęci zmieniania świata. Ci ludzie naprawdę mieli ochotę zmieniać świat. Nieważne dla nich były kalkulacje polityczne, aspiracje partyjne. Rząd Tadeusza Mazowieckiego „przeorał” Polskę. Mam na myśli nie tylko reformę Balcerowicza, ale reorientację polskiej polityki zagranicznej oraz przygotowanie wielkiej reformy samorządowej. Była największym osiągnięciem dekomunizacyjnym, bo wyzwoliła energię lokalną, pozwoliła na kształtowanie jej demokratycznych elit.

Do kiedy w pracy czuło się tę atmosferę misji?

To się trochę zmieniało. Pierwsze rządy solidarnościowe niewątpliwie miały to głęboko zakorzenione. Ten czas wspominam jako najwspanialszy, także dla mnie. Świat się zmieniał, w Polsce działy się rzeczy wielkie, a nie takie tam nędzne gierki. Echem poczucia misji reformatorskiej był gabinet Jerzego Buzka. Robiliśmy to (byłem ministrem w tym rządzie), wiedząc, że musi się źle skończyć z punktu widzenia doraźnego interesu partyjnego. Rząd Buzka miał poczucie „necanda” z łac. skazanego na śmierć. To był ostatni rząd romantyczny.

Kto jest w stanie wybić się na podobny gest teraz?

Zmieniły się okoliczności i potrzeby. Jest mniej miejsca na uprawianie polityki romantycznej. Obowiązkiem polityka demokratycznego jest umiejętność podobania się wyborcom z jednoczesnym profesjonalnym podejściem do pracy. Nie namawiam żadnego rządu, by szedł szlakiem Buzka, bo w obecnej chwili Polsce jest potrzebna stabilna scena polityczna, zdominowana przez nie radykalne partie polityczne. Polsce skrajność nie służy. Skrajność jest dla niej zagrożeniem. Skrajnością była dla mnie Samoobrona, Liga Polskich Rodzin i w znacznej mierze środowiska PiS-owskie.

Pan marszałek dużo mówi o reprywatyzacji i zwrocie zagarniętego mienia.

Reprywatyzacja to hańba wszystkich rządów od 1989 roku. O ile jeszcze lewicowe jestem w stanie zrozumieć, bo broniły interesów własnych ludzi, o tyle prawicowe, solidarnościowe nie.

Nie chciały wyrównania krzywdy historycznej wyrządzonej Polakom przez komunistów?

Prawo własności jest fundamentem życia społecznego. Przecież każdy z nas chce mieć coś na własność, przekazać coś swoim dzieciom. Obecny rząd pracuje nad ustawą odszkodowań na poziomie 20 czy 30-stu procent. Byli właściciele to niekoniecznie Radziwiłłowie i Potoccy, to potomkowie młynarzy i przedstawiciele innych zawodów.

Naszego budżetu na to nie stać.

Dlatego spłaty trzeba rozłożyć na 15–20 lat, bo jednorazowo to za duże obciążenie. Gdyby wolna Polska zaczęła wpłacać do budżetu po 1 miliardzie rocznie, to już mielibyśmy problem rozwiązany. Odebranie własności miało z nas wszystkich uczynić proletariuszy, a ja życzę Polakom, żeby byli właścicielami, a nie proletariuszami.

• Widzisz błąd na stronie? Wyślij informację do redakcji.
• Zapisz się do naszego newslettera - najświeższe wiadomości codziennie na Twój e-mail
• Wyślij do znajomego
avatarReporter: i wojny też.
odpowiedz
Open publication - Free publishing - More cooltura
CLWK
blacklemon
Team One
Capital
Kotrak
Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 12:35)
~Lorena Marko: Jak odzyskałem mojego byłego męża po tym, jak mnie opuścił i nasze dz

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 18:44)
~Antonia Killian:  MOJE Imię to Antonia Kilian. Po 12 latach małżeństwa ja i m&oacut

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 18:35)
~Lucia Alexander:  MIŁOŚĆ CZARÓW DZIAŁA IDEALNIE I POZOSTAJE STAŁA NA ZAWSZE

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 16:22)
~martimarisa:  Chcę szybko powiedzieć światu, że istnieje prawdziwy rzucający z

Prawa rodzicielskie w Wielkiej Brytanii (godz. 05:11)
~Pamela Bucks:  udało mi się zdobyć męża z pomocą doktora zaklęć dr Ajayi, ki

KomunikatyO portaluLudzie portalupl Reklamauk AdvertisingNasz patronatKonkursyNapisz do nasWyślij materiałPartnerzyrss
Copyright 2008 elondyn.co.uk.
Support: It's Done under Epoznan.pl licence. All rights reserved.